Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

Wpisy otagowane : podroze

Wspomnienie z wystawy "Mapa" w Zachęcie

maxcegielski

To jeszcze wspomnienie z wystawy "Mapa. Migracje artystyczne a zimna wojna" w Zachęcie. Na pierwszym planie rzeźby wykonane przez Janka Simona na "drukarce 3D własnej roboty", według szkiców polskich artystów po ich wizytach w Paryskim "Muzeum Człowieka". W tle film zmontowany z etnograficznych zdjęć przez Annę Molską, ta sala "egzotyki" otwierały wystawę, prowadziły do sal "zachodu" i "wschodu". Te pierwsze moim zdaniem udowadniały, że fascynacje Paryżem były czołobitne i prowadziły do kopiowania. Relacja bardziej komplikuje się w sali "Wschodniej" ( z elementami bliskiego Południa socjalistycznego )


Tu na zdjęciu studenci Artymowskiego w Bagdadzie ( wątek ekspansji architektoniczno-urbanistycznej w Iraku i Iranie poruszany przez projekt Łukasza Stanka, a szerzej przeze mnie w "Przewodniku interdsycyplinarnym Polska&Azja" ) Sala "wschodnia" obejmowała podróże po opadnięciu Żelaznej Kurtyny, stalinowskim odcięciu ( częściowym ) od Zachodu, były tam więc Albania, Bułgaria a także Wietnam, oraz odrobina Iraku i okolic. Tutaj to raczej my jesteśmy nauczycielami, choć nie do końca "kolonialnie", relacja jest bardziej skomplikowana. Nie wyjaśniała jej niestety sesja naukowa w Zachęcie, która skupiła się właśnie na podróżach polskich artystów do Londynu i Paryża. Dla mnie paradoks zimnej wojny polega na tym, że oknem na świat stało się Delhi czy Bagdad. Zostaliśmy zglobalizowani przymusowo, o czym świadczą okładki pisma "Świat" pokazane na wystawie "Mapa" jako kontekst w sali "Wschodniej"


Ciekaw jestem jaki był nakład pisma "Świat"? Jak się ma do współczesnych "Podróży", "Voyage" itp? Oczywiście ludzie kupowali numery licząc na przemycone zdjęcia z Zachodu właśnie, a nie fascynując się rewolucją w Boliwii ( pamiętam zachowane egzemplarze u Rechowiczów, z wystawą w Brukseli ). Ale zmuszeni odgórnie, poznawali jednak 3 świat...

Alptekin - Keraban, Bombarnak, Servadak...

maxcegielski

 

Alptekin, Huseyin Bahri – brzmi jak przezwiska bohaterów mniej znanych książek Juliusza Verne: “Claudius Bombarnac” “Kapitan Antifer” “Hector Servadac” czy wreszcie “Keraban”. Ten ostatni to tytułowa postać z ulubionej książki Alptekina “Keraban uparty”: turecki kupiec tytoniowy zamierza zabrać swojego przyjaciela – holendra na kolację po drugiej stronie Bosforu. Dowiedziawszy się jednak, że sułtan wprowadził właśnie nowy podatek za przebycie cieśniny rusza w podróż lądem – dookoła, wzdłuż wybrzeży Morza Czarnego. Jako honorowy tradycjonalista nie chce jechać kolejami parowymi, lecz jedzie powozem. Nie szczędzi pieniędzy ani środków, staje się przeciwieństwem klasycznego podróżnika, który chce jak najszybciej i jak najtaniej przebyć jak najdłuższą drogę. Keraban, dzięki swoim przywarom, odstawaniu od wzorów współczesności ( podwójnie: jak “Osmanlis” i jako niechętny nowinkom technicznym ), zamienia się w artystę – liczy się idea, a nie samo ujarzmianie geografii. Nie modernizacja, lecz przygoda.

 


 

Taką samą podróż chciał odbyć bohater wystawy w Łódzkim Muzeum Sztuki, ale statkiem – laboratorium badawczo-artystycznym. Pracując na pokładzie a zarazem łącząc i zapoznając ze sobą twórców z Turcji, Bułgarii, Rumunii, Ukrainy, Rosji i Gruzji. Powołane przez niego do życia “Sea Elephant Travel Agency” niestety nie urzeczywistniło planu podróży “wesołym statkiem” – bo na pokładzie oprócz artystów wizualnych mieli się też znaleźć muzycy, architekci, naukowcy. Zapewne gdyby nie przedwczesna śmierć – zaledwie pięćdziesięcioletniego Alptekina projekt doszedłby do skutku. Charakterystyczne, że choć niezrealizowany – pozostaje jednym z jego najsłynniejszych pomysłów. Być może dlatego, że jak w soczewce skupia różne elementy jego sztuki – podróży i sztuki podróży oraz sztuki w podróży. Alptekin jest Karabanem. Bohaterem powieści, którą możemy się fascynować, ale musimy przyznać, że Jules Verne w całej swojej rozrzutnie globalnej twórczości pozostaje jednak pisarzem podrzędnym, drugoligowym. I to właśnie jest w nim wspaniałe, brak pretensji do np. bycia Josephem Conradem. Trop Verne’owski jest istotny także z powodu owego zachwiania hierarchiami: sztuka Alptekina nie tylko tworzona jest w ruchu, ale sama wprawia świat w ruch. Zmieniają się pozycje: dawne centra stają się peryferiami i odwrotnie, albo też dawne mapy władzy symbolicznej zostają wytarte i wartości odzworowywane są na nowo. Nowe stratyfikacje, nowe kombinacje, kicz staje się “kulturą wysoką”, Tirana lub Mołdawia stają się centrami nowego kosmosu. Więcej wkrótce tu i na "spacerze po wystawie" ze mną jako przewodnikiem

Trawelebryci

maxcegielski

Staram się nie mieszać moich aktywności, medialnej z tą "postmasalową", literacką itp, ale wyjątkowo nasza ostatnia w tym sezonie Hala Odlotów w TVP Kultura jest o podróżach 

Pod wpływem tej rozmowy mój nowy felieton do Przekroju, pt. "Podróże nie kształcą", już w najbliższy poniedziałek w druku, więc tutaj na razie tylko urywek:

"Bogata biała kobieta przytula przestraszone afrykańskie dziecko, obok, w prawie identycznej pozie, małą małpkę. Moja córka i syn przystają codziennie przed reklamą „Dzieci świata” i „Zwierząt świata” Martyny Wojciechowskiej, pytając: „Czy Afryka to takie wielkie ZOO?” Rzeczywiście, ziemia poddana medialnej i biznesowej obróbce przez trawelebrytów zamieniła się w teren wielkiego safari, a mieszkańcy błękitnej planety zostali zredukowani do poziomu „dzikich”.

Bez cudzysłowu mówi tak gwiazdor polskiego „katolstwa” ( jak sam się określa ) exportowego – Wojciech Cejrowski. Na tyle inteligentny, że wprost przyznaje się do kontynuowania klasycznej antropologii, będącej tworem kolonializmu. Wiedza naukowa o podbijanych obcych lądach i ludach od początku służyła sprawowaniu nad nimi władzy, wyrażającej się ciągłym udowadnianiem wyższości białego człowieka nad miejscowymi kulturami. Jasnoskóra lady przytula dziecko o ciemnej skórze, aby pokazać, że jej rasa ma prawo sprawować nad nim polityczną i gospodarczą kontrolę..."

więcej w Przekroju...

O "trawelebrytach" ciekawie pisał kiedyś literacki dodatek do Tygodnika Powszechnego w 2012, "Papierowe podróże", który miałem przyjemność otwierać tekstem "Awanturnicza geografia", gdzie pisałem:

"Dla mnie podróż jest tylko pretekstem do literatury, jedynie punktem wyjścia, jednym ze sposobów na uzyskanie stanu zadziwienia, zaskoczenia, trudniej osiągalnego, kiedy jest się ciągle w tym samym miejscu. Podziwiam zresztą tych, którym udaje się dziwić przechadzając się codziennie po tych samych ulicach. Wzorem niedoścignionym jest dla mnie Kant nie opuszczajacy Królewca, a jednak wciąż pozostający w transie dziecinnej naiwności, która każe nam uprawiać zarówno filozofię jak i literaturę i wogóle: sztukę. Na przekór wyobrażeniom o pokonywaniu przestrzeni zwiduje mi się jednak jako wielki podróżnik, być może dlatego, że nie ma już miasta dzielnie przemierzanego przez mędrca. Kontrast między światem z historycznych pocztówek, a współczesnymi blokowiskami wraz z modernistycznym Domem Sowietów jest tak wielki, że zmusza umysł do pracy bradziej niż potęga ośnieżonych szczytów w Karakorum. Te ostatnie wywołują we mnie raczej poczucie oszołomienia i małości, prowokują do medytacji, a nie twórczego myślenia. Choć sensowne opisane wysokiej góry, bez popadania w tani liryzm, czy pseudo metafizyczną symbolikę jest dla mnie wciąż ambitnym wyzwaniem.

Podczas „Kolosów“ w Gdyni nie ma jednak miejsca na rozważania co do formy i stylu opisu przygód. Impreza jest zdominowana przez „ten rodzaj opowieści ( który ) spotyka się z życzliwym przyjęciem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Amazonia, Tybet, Afryka zalewają księgarnie w formie książeczek podróżniczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych, w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie może ocenić wartości przytoczonych obserwacji“.  Ironicznie opisuje powodzenie „zawodu podróżnika“ Claude Lévi-Strauss w latach pięćdziesiątych, kiedy wraca już ze swoich najważniejszych badań terenowych. Zaskakująca jest przemiana atmosfery wokół przedstawień egzotyki we Francji i prowokuje mnie do stworzenia szybkiej teorii. Czy to dlatego, ze przed II Wojną Światową rządy w Paryżu kontrolują jeszcze różne „posiadłości zamorskie”, jak eufemistycznie nazywano kolonie? Obcość jest więc naturalnym, codziennym tematem dla biurokratów, sprawą do zarządzania, a nie ekscytowania się? Dopiero później, tracąc kolejne kolonie, Francuzi uświadamiają sobie jak bardzo podniecająca może być Inność?"

 

 

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci