Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

Podróż z Alptekinem w Muzeum Sztuki w Łodzi

maxcegielski

 

Przyznam, że nie spodziewałem się takiego tłumu: ponad pięćdziesięciu, bardzo zróżnicowanych osób. Myślałem, że przyjdzie paręnastu pasjonatów, którzy już widzieli wystawę i coś niecoś wiedzą. Na bieżąco starałem się korygować mój przygotowany scenariusz opowieści więc jeśli byłem czasem chaotyczny to przepraszam. Mam też nadzieję, że to co mówiłem nie było zbyt skomplikowane. Dziękuje Muzeum Sztuki w Łodzi za zaproszenie a publiczności za przybycie. Jest pomysł, żeby to kontynuować więc mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce. Zdjęcia dzięki uprzejmości MS2 :) Dzięki!

Alptekin: Conrad vs Verne

maxcegielski

 

Charakterystyczne, że koncept "Sea elephant travel agency" ( patrz poniżej ) choć niezrealizowany – pozostaje jednym z bardziej znanych pomysłów Alptekina. Być może dlatego, że jak w soczewce skupia różne elementy postawy tego artysty – podróży i sztuki podróży oraz sztuki w podróży. Poza tym Huseyin Bahri jest jak bohater powieści, którą możemy się fascynować, ale musimy przyznać, że Jules Verne w całej swojej rozrzutnie globalnej twórczości pozostaje jednak pisarzem podrzędnym, drugoligowym. Właśnie ten brak aspiracji i pretensji do np. bycia Josephem Conradem jest godny szacunku i uwagi. Trop Verne’owski jest bowiem istotny także z powodu zachwiania hierarchiami: w działaniach Alptekina powieść przygodowa dla młodzieży może być bardziej inspirująca niż “Jądro ciemności”. Ta sztuka nie tylko tworzona jest w ruchu, ale sama wprawia świat w ruch, przewartościowuje, wprowadza na “salony” narracje, style i przedmioty uważane wcześniej za podrzędne. Plastikowe piłeczki, paczki po papierosach, puszki z rybami, globusy, ulotki, bilety. Moglibyśmy nawet potraktować je jako specyficzny rodzaj “pamiątek z podróży” gdyby niektórych z nich nie zbierał także w ojczystej Turcji, w Stambule.

 

 

 

W tej twórczości zmieniają się nie tylko pozycje obiektów w hierarchii, zmiana jest nie tylko wertykalna, lecz horyzontalna: dawne centra stają się peryferiami i odwrotnie. Dawne mapy symbolicznej władzy geografii zostają wymazane i przepływy wartości odzworowywane są na nowo. Nowe stratyfikacje, nowe kombinacje, kicz staje się “kulturą wysoką”, a Tirana lub Mołdawia czy tanie motele dawnych peryferiów z szumnymi nazwami jak “Otel Paris” czy “Hostel Eifel” stają się centrami nowego kosmosu. Nie chodzi o powrót do władzy Orientu czy innych podbijanych wcześniej krain. Nie można sprowadzić bohatera wystawy do roli “tureckiego artysty”, który z dalekich dzikich obrzeży przedziera się do zachodnich stolic “art worldu”. Świat sztuk wizualnych, podobnie zresztą jak kino czy literatura, jest zachłanny, chętnie wciąga w swój wir kultury Azji czy Ameryki Południowej, twórca z Indii czy Dubaju może być dziś równie wielką gwiazdą jak Polak czy Niemiec. Alptekin, choć brał udział w prestiżowym biennale w Wenecji czy w biennale Manifesta, nie jest prowincjuszem pchającym się na salony wielkiego świata. On wogóle kwestionuje ich istnienie, mówił, że w powieści o Kerabanie fascynuje go właśnie negacja przestrzeni. Dla bohaterów ona nie istnieje, ze swoimi ograniczeniami. Nie ma więc także podziałów, kontynentów, Bosfor przestaje być granicą między Azją a Europą. Targ w Izmirze jest ciekawszy niż sklepy Champs-Élysées, plakat z przydrożnej gospody na Bałkanach bardziej inspirujący niż wystawa w Nowojorskiej Moma. Zaś bunkry z Albanii mogą stanąć przed każdą instytucją sztuki na świecie – taka była zresztą propozycja Alptekina. Gospoda z Finlandii może zostać rozebrana i przyjechać na jego ekspozycję gdzieś indziej, a konie z historycznej kwadrygi Konstantynopola wrócić do “Miasta miast”. Nie jako wyraz historycznej rekwizycji, rekonkwisty, lecz właśnie w nieskrępowanym, wolnym geście rysowania nowych map. Więcej na "spacerze" w Łodzi...

 

Alptekin - Keraban, Bombarnak, Servadak...

maxcegielski

 

Alptekin, Huseyin Bahri – brzmi jak przezwiska bohaterów mniej znanych książek Juliusza Verne: “Claudius Bombarnac” “Kapitan Antifer” “Hector Servadac” czy wreszcie “Keraban”. Ten ostatni to tytułowa postać z ulubionej książki Alptekina “Keraban uparty”: turecki kupiec tytoniowy zamierza zabrać swojego przyjaciela – holendra na kolację po drugiej stronie Bosforu. Dowiedziawszy się jednak, że sułtan wprowadził właśnie nowy podatek za przebycie cieśniny rusza w podróż lądem – dookoła, wzdłuż wybrzeży Morza Czarnego. Jako honorowy tradycjonalista nie chce jechać kolejami parowymi, lecz jedzie powozem. Nie szczędzi pieniędzy ani środków, staje się przeciwieństwem klasycznego podróżnika, który chce jak najszybciej i jak najtaniej przebyć jak najdłuższą drogę. Keraban, dzięki swoim przywarom, odstawaniu od wzorów współczesności ( podwójnie: jak “Osmanlis” i jako niechętny nowinkom technicznym ), zamienia się w artystę – liczy się idea, a nie samo ujarzmianie geografii. Nie modernizacja, lecz przygoda.

 


 

Taką samą podróż chciał odbyć bohater wystawy w Łódzkim Muzeum Sztuki, ale statkiem – laboratorium badawczo-artystycznym. Pracując na pokładzie a zarazem łącząc i zapoznając ze sobą twórców z Turcji, Bułgarii, Rumunii, Ukrainy, Rosji i Gruzji. Powołane przez niego do życia “Sea Elephant Travel Agency” niestety nie urzeczywistniło planu podróży “wesołym statkiem” – bo na pokładzie oprócz artystów wizualnych mieli się też znaleźć muzycy, architekci, naukowcy. Zapewne gdyby nie przedwczesna śmierć – zaledwie pięćdziesięcioletniego Alptekina projekt doszedłby do skutku. Charakterystyczne, że choć niezrealizowany – pozostaje jednym z jego najsłynniejszych pomysłów. Być może dlatego, że jak w soczewce skupia różne elementy jego sztuki – podróży i sztuki podróży oraz sztuki w podróży. Alptekin jest Karabanem. Bohaterem powieści, którą możemy się fascynować, ale musimy przyznać, że Jules Verne w całej swojej rozrzutnie globalnej twórczości pozostaje jednak pisarzem podrzędnym, drugoligowym. I to właśnie jest w nim wspaniałe, brak pretensji do np. bycia Josephem Conradem. Trop Verne’owski jest istotny także z powodu owego zachwiania hierarchiami: sztuka Alptekina nie tylko tworzona jest w ruchu, ale sama wprawia świat w ruch. Zmieniają się pozycje: dawne centra stają się peryferiami i odwrotnie, albo też dawne mapy władzy symbolicznej zostają wytarte i wartości odzworowywane są na nowo. Nowe stratyfikacje, nowe kombinacje, kicz staje się “kulturą wysoką”, Tirana lub Mołdawia stają się centrami nowego kosmosu. Więcej wkrótce tu i na "spacerze po wystawie" ze mną jako przewodnikiem

Ozgur Demirci / Mickiewicz remix

maxcegielski

Ozgur Demirci  "We came, but you weren't there" is his solo show at Pasaj gallery in Istanbul . Ozgur works in Tarlabashi where Adam Mickiewicz died, but polish poet museum there is not frequently visited. So its Mickiewicz who is "not there" - in this movie i shout "Mickiewicz, are you here?" and "Adam, come back" at Ozgurs installation ( lights activated by sound ). Lets see it as introduction to the project we want to make in the frame of "Poland-Turkey 600 years of relations - 2014". Ozgur Demirci studio and Pasaj office in Tarlabashi hopefully will cooperate with me and Justyna Chmielewska & Bęc Zmiana in this process of "remapping Mickiewicz in Istanbul/Tarlabashi"

PS. Justyna Chmielewska has great new photos from Istanbul and demolitions in Tarlabashi - disapearing of area, check it on her widzialnie.blogspot.com


Manekiny Stambułu

maxcegielski

 Granica Tarlabaszi od północy – "Aleja Manekinów". Tureckie zagłębie produkcji dawnych “pałub”. Dziś zgrabne, idealne ciała płci żeńskiej wyginają się w zupełnie nie islamskich pozach. Męski manekin w kolorze różowym wznosi ręce jakby chciał odlecieć jeszcze dalej na Wschód. Najbardziej podoba mi się jednak postać której głowa w całości pokryta jest barwnymi, sztucznymi świecidełkami. Producent zapewnia, że dysponuje też kosztowną wersją “beta” z prawdziwymi, kosztownymi kamieniami. Niezależnie od stopnia perwersji - twarz Ataturka świecko błogosławi. Orhan Pamuk fantazjował w swoich książkach na temat tego przemysłu manekinów w “Mieście Miast” – Konstantynopolu. Jednak na skraju dzielnicy Tarlabaszi jego czy Schulzowskie fantazmaty: “Chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i podobieństwo manekina”, stają się całkiem realne. Wyprodukowane w "Aleji Manekinów" sylwetki “błazeńskich golemów” są dziś wzorami, do których musi dostosować się kobieta – zarówno ta w chuście, jak i bez. A Ataturk znów pilnuje, tym razem z okładki Timesa.

A Justyna Chmielewska świetnie pokazała cały proceder zamalowywania politycznych napisów: "Dopóki nie skończy się szara farba" Poprzedniego dnia przez centrum przeszła demonstracja ( i ganiającą za nią policja z gazem łzawiącym i armatkami wodnymi ) przeciwko cenzurze internetu przez rząd Turcji. Protestujący zostawili po sobie sporo haseł ( także na świeżo odremontowanych budynkach, np. muzeach ) Następnego dnia rano każdy antyrządowy slogan pokrywała już szara farba...

Mickiewicz: reanimacja trupa

maxcegielski

 

Jak widać, Mickiewicza nie ma. Wyprowadził się. Nie tyle do kolejnych grobowców, co raczej uciekł przed Polską. Jego Stambulskie muzeum znajduje się w dzielnicy Tarlabasi, odizolowanej od reszty Stambułu. W tym miejscu stał drewniany dom, gdzie zmarł, organizując Legion Żydowski, który miał wyzwolić Polskę. Do kwartału, rozciągniętego wzdłuż bulwaru o tej samej nazwie, nie docierają mieszkańcy innych dzielnic, choć położony jest dziesięć minut spacerem od serca miasta - Placu Taksim i Istiklal Cadessi. W samej okolicy niewiele osób wogóle wie co znajduje się w “żółtym domu” Mickiewicza. Przez to nie są w stanie nawet wskazać drogi zagubionym tam polskim wycieczkom. Według pracownika muzeum w okresie poprzedzającym ostatnią renowację przez rok muzeum odwiedziło około 300 osób, a ci którzy przyszli pochodzili w większości z Polski. Potencjał jedynego stałego obiektu kulturalnego związanego z krajem od lat nie jest wykorzystywany. Obawiam się, że nie zmieni tego także otwarcie nowej ekspozycji. Adam Mickiewicz należy do grupy bardzo wielu mieszkających przez wieki nad Bosforem obcokrajowców. Turcy nie widzą nic ciekawego ani godnego uwagi w jego życiu i twórczości.  

 


Ewentualnych gości odstraszała do tej pory także zła sława Tarlabashi ( Pragi Stambułu ) ciągnąca się o już od połowy XIX wieku kiedy zamieszkał tam poeta. Warunki życia były i nadal są bardzo złe, lokatorów przyciągały tylko bardzo niskie czynsze. Dziś emigranci z Afryki, Kurdowie oraz Romowie zajmują budynki które w 1855 roku należały do Żydów, Ormian, Polaków, Węgrów czy Greków – grup etnicznych, które zniknęły z miasta z powodu nacjonalistyczno-modernizacyjnej polityki w czasach Ataturka. Jedni emigranci są więc zastępowani przez innych, pokazanie wspólnego losu mieszkańców historycznych i współczesnych pozwala przypomnieć aktualność pobytu i śmierci naszego Wieszcza w Konstantynopolu.

Obecnie Tarlabashi znajduje się także pod presją gentryfikacji – jej część wzdłuż głównego bulwaru została wysiedlona i częściowo wyburzona pod budowę nowych luksusowych rezydencji. Projekt, odwołujący się architektonicznie do historycznych motywów ( podobnie jak w innych dzielnicach miasta, np. Sulukule ) jest bardzo krytykowany. Historycy, urbaniści, architekci, socjologowie, aktywiści miejscy przedstawiają go jako symbol korupcji i braku społecznej wrażliwości władz. Rozwijanie ich analiz w kontekście Mickiewiczowskim, wpisanie polskich działań badawczych i artystycznych w dyskutowane w mieście problemy pozwoli zainteresować tureckich odbiorców. Trzeba dodać, że wyburzenia zostały wstrzymane, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich realizacja znajdzie finał w kolejnej aferze korupcyjnej Turcji.


Po drugiej stronie dzielnicy, przy ulicy biegnącej mniej więcej równolegle do Bulwaru Tarlabashi, znajduje się campus uniwersytetu Bilga i ma powstać Centrum Sztuki holdingu Koc – otwarcie planowane na 2016 rok. “Zła dzielnica” zyskuje więc nowy kontekst i gwałtownie się zmienia. Na pierwszym etapie naszych badań odkryliśmy, że w okolicę Muzeum Mickiewicza przenosi się coraz więcej młodych artystów czy architektów oraz biur galerii, zwabionych niskimi czynszami, podobnie jak nasz poeta. Jako nowi przybysze zazwyczaj nie znają się wzajemnie, często od nas dowiadywali się, że w bliskim sąsiedztwie pracuje ktoś z ich “branży”.

My book about Istanbul ( 2009 )

maxcegielski

Over the years, Istanbul has been given many names: the New Jerusalem, the City of Pilgrims, the Eye of the Universe, the Queen of Cities, the City of Cities. It has fascinated its conquerors, kings, travellers, historians and writers. No matter what the inaccurate and frequently mistaken accounts of European researchers say, Istanbul’s history has spacious chapters of cultural and religious tolerance and enlightened power. And, similarly, in spite of the words of many Turkish literati, the Asian character of the city is still one of its most recognisable traits. (...) This is an erudite guide to the attractions of the old Constantinople and the Ottoman Istanbul, a tribute to its glorious past and a journalist’s report about its difficult, multi-dimensional present. More on the publisher site...

( czyli taki remanent angielskojęzyczny :)

Agencja Wschodnia zamiast Królewskiego Instytutu Kolonialnego

maxcegielski

 

Lektury niektóre od czasu świątecznego. Na szczęście więcej czytania niż pitolenia sieciowego, a właściwie nawet odwyk od wszystkich fejsików. Bo też bez młyna Roxy już nie ma obowiązku, czas skupienia nastał i wysiłku umysłowego w interwałach dłuższych niż 3 minutowe clipy :)

Ad rem: Nigdy nie mieliśmy Królewskiego ( ani Tropikalnego ) Instytutu Kolonialnego a więc także Muzeum Włości Zamorskich i tym podobnych instytucji. Jak w Anglii, Holandii i innych kolonialnych potęgach, gdzie można się nimi zachwycać lub krytykować i tworzyć teorie postkolonialne. Mało punktów odniesienia, nikogo też specjalnie nasza tradycja podróżnicza nie interesuje, nie ma skojarzeń, odwołań, dziadka co powstanie sipajów pacyfikował lub plantację prowadził. Jeden kłopot mniej, można się szczycić ( jak Kapuściński ) brakiem obciążeń w percepcji Polski. Nie oznacza to, że wogóle nie jesteśmy kojarzeni na Wschodzie ( i południu ) o czym pisałem w "Polska & Azja. Przewodnik Interdyscyplinarny". Mamy się do czego, pozytywnie odwoływać. Właśnie dlatego chyba tak pokochałem Grąbczewskiego i prace nad książką o nim trwają ostro. W lutym wizyta ( inshallah! ) w archiwum Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, czytanie biografii Younghusbanda, contra - tła dla Bronisława.

Nasza tradycja "orientalistyczna" jest długa i warta znajdywania przykładów szczególnie w wypadku Turcji i Bliskiego Wschodu, o czym pisał między innymi Jan Reychman w swoich książkach o podróżnikach czy "życiu polskim" w Konstantynopolu. Zapewne to szukanie naszych ukrytych, zapomnianych, przemilczanych bądź "upupionych" związków z Orientem musiało doprowadzić mnie w końcu do śmierci Wieszcza w stolicy imperium Osmańskiego. ( Zresztą także pobyt Adama Mickiewicza w Petersburgu ważny dla wątku Grąbczewskiego bo nasz podróżnik w służbie carskiej bywał tam regularnie, różne intrygi przeciw sobie, bardzo sprawnie i z wyczuciem życia dworskiego, rozwikłując. A to była stolica Imperium Kolonialnego, lustrzane odbicie Londynu, wiele zresztą motywów ekspansji, tworzenia miast garnizonowych jednak podobnych Rosja-Anglia, choć blisko nas Car a tam demokracja. )

A sama śmierć Wieszcza w Konstantynopolu to temat bogaty, choć pobyt krótki. Dość powiedzieć, że na ekspozycji w Muzeum Literatury ( tworzonej wiele lat temu ) ani słowa o tym, że autor "Pana Tadeusza" zakładał tam Legion Żydowski! Nie tylko Agencja Wschodnia Czartoryskiego! A sekretarz Mickiewicza, powiernik i przyjaciel, mason, socjalista ( oraz "ŻYD"! ) który z nim nad tym pracował, Armand ( nie Abraham jak ciągle przekręcam )  Levy, doczekał się tak mało, że aż moje zdjęcie nieostre:


Wizyta na "stałej ekspozycji" Mickiewicza to szykowanie działań w ramach roku polskiego w Turcji, zawiązujemy nową "Agencję Wschodnią" aby Wieszcza z Nazimem Hikmetem zestawić i przede wszystkim jego przodkiem - Konstantynem Borzęckim. CDN

Nowe Kontynenty

maxcegielski

 

A w nich "Służba i drużba" czyli ciąg dalszy moich przygód w Azji Centralnej, śladami Bronisława Grąbczewskiego, ale też polemika z tekstem Andrzeja Stasiuka z poprzedniego numeru "Kontynentów". Może nawet za dużo grzybów w ten barszcz post-sowiecki wrzuciłem i nie jest to mój ulubiony tekst z tego cyklu. Jak zwykle zdjęcia Mikołaja Długosza, moim zdaniem nie wyeksponowane tak jak na to zasługują, ale szata graficzna, sposób łamania pisma zupełnie nie jest w moim stylu. Ważne, że treść pozostaje wciąż na poziomie!

Sporo się dzieje na lini "Polska & Azja": na razie rzucam hasło: Mickiewicz/Hikmet. No i nadal Grąbczewski - prace trwają. Plan, mój, jest taki żeby 2014 był czasem powrotu na Wschód. Więcej tutaj więcej jak tylko święta pozwolą odetchnąć od młynu medialnego.

 

PS. Ignacy Karpowicz pięknie zestawił Cejrowskiego i Wojciechowską. Brawo!

Po podróżach śladami Bronisława Grąbczewskiego

maxcegielski

W lipcu był Taszkient, którego architektura miesza sowiecki modernizm z orientalizmem, jak w tej Azjatyckiej wersji Spodka z Katowic:

Potem Fergana i Kirgistan: Osz, ze wspaniałym wieczorze przed - ślubnym w stylu uzbeckim:

Granica z Tadżykistanem, którą przekraczaliśmy na ciężarówkach przemycających benzynę, a w drugą stronę heroinę:


Potem jezioro Kara-Kul w Tadżyckim Górnym Badachszanie:

CDN, moja dokumentacja foto jest tutaj, czekam na zdjęcia które robił Mikołaj Długosz. Wkrótce, inshallah, filmy na moim kanale YT, a okruchy ukazywały się w Przekroju, w połowie lipca felieton o klimatach w Osz, a w tym tygodniu jest w numerze "Między Brukselą a Bucharą", tu z początku:

„Pamiętam te polskie filmy, takie zmysłowe, dużo bardziej erotyczne od rosyjskich” – wspomina kierowca w Azji Centralnej. „Czterech pancernych i psa” widział każdy od Białegostoku po Władywostok, od Bieguna Północnego po Indie, kto ma więcej niż lat dwadzieścia. „Za przyjaźń narodów!” – wznosimy toast pod budką z piwem z byłymi sołdatami stacjonującymi w Legnicy. Inni zwiedzili tylko warszawską Pragę handlując na Jarmarku Europa ( Stadion X Lecia Manifestu Lipcowego, obecnie Koszyk Narodowy Chroniony Płotem ) i też wspominają z rozrzewnieniem. Bardziej wykształceni panowie polewają mi wódkę i wpychają szaszłyki, choć trwa muzułmański miesiąc postu, ponieważ w Moskwie studiowali z Polakami. „Ach te dziewczyny wasze!” - otwiera się skarbiec wspomnień, z którego zaraz wyskakuje Anna German. I już śpiewamy przeboje, których ja nie znam, telewizyjnych seriali nie oglądam, oni są na bieżąco i po staremu też, to gwiazda ich bujnej młodości. Wszystko co o niej obecnie wiem dowiedziałem się podczas libacji w Azji Centralnej."

 




Afganistan w MSN

maxcegielski

Max Cegielski rozmawia z Marcinem Ogdowskim
Polscy żołnierze w Afganistanie: bohaterowie czy najemnicy?

25 lipca 2013 (Czwartek), 18:00 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, dawny Pawilon Emilka, na wystawie "W sercu kraju". Prezentowana na niej praca Omera Fasta "Continuity" jest punktem wyjścia do rozmowy o roli polskich żołnierzy w Afganistanie. Moim gościem jest Marcin Ogdowski, który wielokortonie przebywał na terenie baz Wojska Polskiego w Azji, jest dziennikarzem, autorem książek na ten temat. Tu fragment pracy Fasta:

W "Przewodniku Interdyscyplinarnym. Polska & Azja" duża rozmowa z Wojtkiem Jagielskim na ten temat, gdzie mówi m.in.:

"Legenda i mit polskiego wojska świetnie funkcjonują, dlatego tak boleśnie przeżywamy i nie potrafimy sobie poradzić z historiami takimi jak Nangar Khel. Nie potrafimy dyskutować, choć to klasyczny przypadek wojny takiej jak ta afgańska czy kiedyś wietnamska. Podejrzewam, ze takich Nangar Khel wydarzyło się znacznie więcej i nie chodzi o to, że są ukrywane. To jest element tej „misji stabilizacyjnej”: jedzie patrol i pierwszy samochód wylatuje w powietrze na minie. Konwój jest ostrzeliwany ze wszystkich stron, więc żołnierze odpowiadają ogniem. Jak odróżnić kto jest cywilem, a kto talibem, skoro talibowie są cywilami? Nie mają mundurów, a tam każdy nosi karabin. Potem się podlicza i orzeka, czy to był nieszczęśliwy wypadek, ale moim zdaniem tak wygląda codzienność wojny w Afganistanie. I co pewien czas z jakichś powodów takie sprawy wypływają i są nagłaśniane, działają sądy. O tym trzeba po prostu rozmawiać. Nie usprawiedliwiam tych żołnierzy, ale mając świadomość, jak to wygląda, wydaje mi się, że wiem, co może powodować żołnierzem, który strzela na oślep lub z zemsty. Jeśli sądzić jego, to odpowiedzialność powinien ponosić także dowódca, dowódca dowódcy i wszyscy. Nie można wyrywać sprawy z kontekstu i mówić, że to są zgniłe jabłka, a wszystkie inne są zdrowe. Na takiej wojnie cały koszyk jest zepsuty.

                  A my nie potrafimy mówić o polskim wojsku inaczej niż skrajnie. Dzieje się tak również z powodu tej nowej rzeczywistości medialnej, w której jest albo afera, albo czyn bohaterski. Nie potrafimy poradzić sobie z sytuacją, która nie jest ani jednym, ani drugim, albo jest wszystkim naraz."

 

Zapraszam do MSN, tu link do wydarzenia:


https://www.facebook.com/events/496383210437204/

 

Po promocji "Przewodnika Polska & Azja"

maxcegielski

Dziękuję wszystkim, którzy się zjawili we Wrzeniu Świata, licznie, mimo pięknej pogody i innych, typowo warszawskich okoliczności. Najwięcej krytyki wzbudził mój arbitralny, autorski, wybór tematów do książki. Dlaczego pominąłem różne kraje, dlaczego nie ma np. Chin, czym właściwie się kierowałem? Odpowiadam, że nie chciałem tworzyć atlasu czy mapy, celem nie było spisanie historii relacji Polski z każdym krajem geograficznie sprecyzowanej Azji. Chodziło o wyznaczenie zakresu tematów ważnych dla tej historii, a szczególnie tych pominiętych, niezauważanych jak nasza "obecność" w Afganistanie, stosunek do uchodźców i zapomniana przeszłość. Książka dzieli się właśnie na takie trzy części, moim zdaniem determinujące relacje z jakimkolwiek krajem Azji. Tak jak potęga Ligi Morskiej i Kolonialnej do 1939 roku, opisywana w tekście Andrzeja Szczerskiego, plakat który poniżej zaszokował publiczność i był niezbitym dowodem na potęgę marzeń:

 

Z epoki opisywanej w książce i na spotkaniu przez Janka Sowę trudniej o wizualizacje i jego teza, że Rzeczpospolita Obojga Narodów i jej ekspansja na Kresy była projektem kolonialnym wzbudziła sprzeciw. Po szczegółowe dowody odsyłam do książki, tutaj jeden cytat z pism z epoki "szlacheckiej" na temat Ukrainy:

 
"Owa zgoła ta Polska Niżna nic inszego nie będzie, iedno nowe Coloniae

Polskie, iako też czytamy inne państwa przed laty Coloniae swe

miewały..."

 

Nie przekonało to części gości, którzy mówili o najazdach Tatarów jako dowodzie na to, że nie byliśmy państwem kolonizującym, ale niestety, co ma jedno z drugim wspólnego? Dlaczego najazdy czy stroje "orientalizujące"/tureckie miałyby dowodzić, że nie Rzeczpospolita Szlachecka nie była "Kompanią kresową" jak twierdzi Sowa? Do czasu powstania Sipajów nawet Anglicy w Indiach przyswajali elementy ubioru, ale to jednak oni rządzili a nie Hindusi.

 


Sporo ciekawych komentarzy wywołały też wypowiedzi Joanny Turowicz ( pierwsza z lewej, obok Sowa, ja stoję ) na temat problemów z akceptacją obyczajów uchodźców z Kaukazu, ale o tym więcej w filmiku z promocji, który montuję i wkrótce wrzucę. Wszystkim autorom i gościom - dzięki!

TURCJA - UPDATE 2

maxcegielski

Ciekawe jak bardzo polskie media rzuciły się na sytuację w Turcji, choć od lat "sprawy międzynarodowe" były spychane na coraz dalsze strony gazet, coraz mniej zajmowały miejsca. Jak zwykle przoduje Gazeta Wyborcza, która "wyczuła koniunkturę" i trochę podobnie jak koleżanki i koledzy z Krytyki Politycznej ma nadzieję na jakąś rewolucję, wreszcie, choć ich komentatorzy raczej są sceptyczni, podobnie jak ja. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że tytuł mojego ( szybkiego i wczesnego komentarza pochodził od redakcji KP, a nie ode mnie. Co charakterystyczne, korektor/redaktor mojej wypowiedzi najpierw popełnił podobny błąd, co chyba Rzeczpospolita, wprowadzając "ALAWITÓW" na miejsce "ALEWITÓW" , na co zwróciła mi uwagę jak zwykle nieoceniona Justyna Chmielewska. Ten drobny błąd korektorski prowadzi do poważnych nieporozumień kulturowych i pokazuje jak niewiele wiemy o Turcji, Bliskim Wschodzie.

Nie będę powtarzał tego co znajdziecie w mediach, natomiast znajomi specjaliści ze Stambułu komentują wydarzenia w zupełnie inny sposób, skupiając się na urbanistyce, polityce historycznej, całym problemie identyfikacji ideologicznej Turcji. Justyna Chmielewska zaś ( której dziękuję za ten link do Vasifa Kortuna ) ciekawie pisze w najnowszym numerze "Notesu Bęc Zmiany" .

Tutaj fragment: "Im częściej rządzący nadużywają swej władzy – niekiedy brutalnie tłumiąc protesty, jak w przypadku rytualnych już demonstracji pierwszomajowych na Taksimie, innym razem ogłaszając swe decyzje dotyczące przestrzeni publicznych i codziennego życia ludzi bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i możliwości negocjacji – tym częściej Turcy wychodzą na ulicę, by manifestować swą niechęć wobec takiego stylu uprawiania polityki. Tak było w roku 2010, gdy rozpoczęto siłowe eksmisje z sąsiadującej z Taksimem dzielnicy Tarlabaşı, a buldożery należące do skoligaconej z AKP firmy budowlanej zaczęły burzyć kolejne kwartały dziewiętnastowiecznych kamienic. Inny przykład: hołubiony przez AKP deweloper kupił w 2009 roku starą osmańską kamienicę mieszczącą działające od 1924 roku kultowe kino Emek ( NA ZDJĘCIU POWYŻEJ )  i oznajmił, że zamierza otworzyć w niej dziesięciopiętrowe ekskluzywne centrum handlowe. Kiedy pod koniec marca 2013 roku protestującym tygodniami filmowcom i aktywistom udało się w końcu sforsować drzwi kina, okazało się, że z historycznej sali zostały tylko gołe ściany. Zażądawszy wyjaśnień, usłyszeli, że wnętrze zostanie wiernie odtworzone kilka pięter wyżej, bo inwestor planuje otworzyć w tym miejscu luksusowe butiki. Przestrzeń na parterze jest zbyt droga i atrakcyjna, by „marnować” ją na kino, a według AKP-owskiej wizji miasta replika jest równie dobra – ba, może nawet lepsza – niż oryginał, pozwala bowiem pozbyć się niewygodnego historycznego i politycznego bagażu. Kiedy rozwścieczeni ludzie kultury rozpoczęli okupację kamienicy, zostali potraktowani gazem łzawiącym. A to wszystko na oczach zdumionych przedstawicieli filmowego światka – konflikt wybuchł w dniu otwarcia stambulskiego festiwalu filmowego i ciągnął się przez cały czas jego trwania."

A to "wydarzenie performatywne" Komuny Warszawa powstało długo przed zamieszkami na Taksim, ale teraz jest pokazywane. Widziałem wersję premierową, kiedy nie byłem pewien czy to spektakl dla tych co nigdy nie byli czy też dla tych, co już znają dobrze Stambuł. Teraz podobno zostało dopracowane i jest lepsze, są pokazy 15 i 16 czerwca. Po pokazie 15 czerwca spotkanie właśnie z Justyną Chmielewską, które poprowadzi Romek Kurkiewicz. Polecam

"POLSKA & AZJA. OD RZECZPOSPOLITEJ SZLACHECKIEJ DO NANGAR KHEL" 2

maxcegielski

 

 "Przewodnik interdyscyplinarny" jest intelektualnym rozwinięciem "działań performatywnych" z Festiwalu Malta w Poznaniu w 2012 roku, części pod hasłem "Akcje Azjatyckie/Asian investments":

" Każde z nich - może – i powinno stanowić zachętę do poszerzenia społecznej i historycznej refleksji na temat relacji Polski i Azji, czy też raczej roli Polski w Azjopie. Temu właśnie ma służyć publikacja książki pofestiwalowej. W jej pierwszej części przyglądamy się historii naszej obecności w Azji. To ważny punkt wyjścia do dalszej dyskusji, ponieważ teksty i wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego przyzwyczaiły nas do myśli, że jesteśmy „niewinni”, nie dźwigamy żadnego kolonialnego bagażu. Podróżując przede wszystkim w czasie zimnej wojny, mistrz reportażu zauważał, że Polska w przeciwieństwie do potęg Zachodu (Wielkiej Brytanii, Francji czy USA) i Wschodu (ZSRR) nie wywołuje w krajach Trzeciego Świata negatywnych skojarzeń. Nie oznacza to jednak, że nasi rodacy byli w ogóle nieobecni w Azji po drugiej wojnie światowej – piszę o tym w tekście poświęconym wątkowi „kominternowskiego europocentryzmu”. Rzeczywiście, nigdy nie staliśmy się państwem kolonialnym, co nie oznacza, że nie chcieliśmy. Marzenia o zamorskiej ekspansji były zasadniczym elementem ideologii nowoczesności w okresie międzywojennym. Społeczną potęgę tych niespełnionych marzeń przybliża historyk sztuki Andrzej Szczerski, kurator wystawy Modernizacje 1918–1939. Czas przyszły dokonany, która prezentowana była w Muzeum Sztuki w Łodzi w 2010 roku. Kapuściński i inni autorzy narracji o idyllicznych, budzących nostalgię Kresach przyzwyczaili nas także do myślenia o Rzeczpospolitej Szlacheckiej jako „raju utraconym”. Jak jednak dowodzi w kolejnym eseju socjolog Jan Sowa, autor rewolucyjnej pracy Fantomowe ciało króla, nasza ekspansja na Wschodzie była de facto projektem kolonialnym. Wspomniane trzy teksty z pierwszej części książki podważają potoczne wyobrażenia o pozycji Polski w Azjopie i jej historii na przestrzeni dziejów. Można z nich wysnuć wniosek, że nawet jeśli jesteśmy „niewinni” z punktu widzenia mieszkańców wielkiego kontynentu, to nasze myślenie o nich przesiąknięte jest dumą oraz pogardą „białego człowieka” wobec „innych”. Przewodnik interdyscyplinarny nie rości sobie praw do bycia książką naukową – wręcz przeciwnie, jego siła tkwi w mieszaniu perspektyw i dyskursów...."

 

Więcej w książce i na blogu wkrótce. A ten film z oprowadzania kuratorskiego po wystawie "W sercu kraju" w Muzeum

Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, praca Zbigniewa Warpechowskiego "Azja" może posłużyć za komentarz. Masalowa

sytuacja z pogranicza dyskursów:

Dla uzależnionych od FB link do wydarzenia, promocja "Przewodnika" 17 czerwca o 19.00 we Wrzeniu Świata,

Gałczyńskiego 7, Warszawa. Z tą datą się nie pomyliłem, natomiast moj felieton w Przekroju będzie dopiero, też, 17

czerwca, również tekst o Bławatskiej do Kontynentów przeskoczył do następnego numeru czyli na wrzesień.

 

Trawelebryci

maxcegielski

Staram się nie mieszać moich aktywności, medialnej z tą "postmasalową", literacką itp, ale wyjątkowo nasza ostatnia w tym sezonie Hala Odlotów w TVP Kultura jest o podróżach 

Pod wpływem tej rozmowy mój nowy felieton do Przekroju, pt. "Podróże nie kształcą", już w najbliższy poniedziałek w druku, więc tutaj na razie tylko urywek:

"Bogata biała kobieta przytula przestraszone afrykańskie dziecko, obok, w prawie identycznej pozie, małą małpkę. Moja córka i syn przystają codziennie przed reklamą „Dzieci świata” i „Zwierząt świata” Martyny Wojciechowskiej, pytając: „Czy Afryka to takie wielkie ZOO?” Rzeczywiście, ziemia poddana medialnej i biznesowej obróbce przez trawelebrytów zamieniła się w teren wielkiego safari, a mieszkańcy błękitnej planety zostali zredukowani do poziomu „dzikich”.

Bez cudzysłowu mówi tak gwiazdor polskiego „katolstwa” ( jak sam się określa ) exportowego – Wojciech Cejrowski. Na tyle inteligentny, że wprost przyznaje się do kontynuowania klasycznej antropologii, będącej tworem kolonializmu. Wiedza naukowa o podbijanych obcych lądach i ludach od początku służyła sprawowaniu nad nimi władzy, wyrażającej się ciągłym udowadnianiem wyższości białego człowieka nad miejscowymi kulturami. Jasnoskóra lady przytula dziecko o ciemnej skórze, aby pokazać, że jej rasa ma prawo sprawować nad nim polityczną i gospodarczą kontrolę..."

więcej w Przekroju...

O "trawelebrytach" ciekawie pisał kiedyś literacki dodatek do Tygodnika Powszechnego w 2012, "Papierowe podróże", który miałem przyjemność otwierać tekstem "Awanturnicza geografia", gdzie pisałem:

"Dla mnie podróż jest tylko pretekstem do literatury, jedynie punktem wyjścia, jednym ze sposobów na uzyskanie stanu zadziwienia, zaskoczenia, trudniej osiągalnego, kiedy jest się ciągle w tym samym miejscu. Podziwiam zresztą tych, którym udaje się dziwić przechadzając się codziennie po tych samych ulicach. Wzorem niedoścignionym jest dla mnie Kant nie opuszczajacy Królewca, a jednak wciąż pozostający w transie dziecinnej naiwności, która każe nam uprawiać zarówno filozofię jak i literaturę i wogóle: sztukę. Na przekór wyobrażeniom o pokonywaniu przestrzeni zwiduje mi się jednak jako wielki podróżnik, być może dlatego, że nie ma już miasta dzielnie przemierzanego przez mędrca. Kontrast między światem z historycznych pocztówek, a współczesnymi blokowiskami wraz z modernistycznym Domem Sowietów jest tak wielki, że zmusza umysł do pracy bradziej niż potęga ośnieżonych szczytów w Karakorum. Te ostatnie wywołują we mnie raczej poczucie oszołomienia i małości, prowokują do medytacji, a nie twórczego myślenia. Choć sensowne opisane wysokiej góry, bez popadania w tani liryzm, czy pseudo metafizyczną symbolikę jest dla mnie wciąż ambitnym wyzwaniem.

Podczas „Kolosów“ w Gdyni nie ma jednak miejsca na rozważania co do formy i stylu opisu przygód. Impreza jest zdominowana przez „ten rodzaj opowieści ( który ) spotyka się z życzliwym przyjęciem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Amazonia, Tybet, Afryka zalewają księgarnie w formie książeczek podróżniczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych, w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie może ocenić wartości przytoczonych obserwacji“.  Ironicznie opisuje powodzenie „zawodu podróżnika“ Claude Lévi-Strauss w latach pięćdziesiątych, kiedy wraca już ze swoich najważniejszych badań terenowych. Zaskakująca jest przemiana atmosfery wokół przedstawień egzotyki we Francji i prowokuje mnie do stworzenia szybkiej teorii. Czy to dlatego, ze przed II Wojną Światową rządy w Paryżu kontrolują jeszcze różne „posiadłości zamorskie”, jak eufemistycznie nazywano kolonie? Obcość jest więc naturalnym, codziennym tematem dla biurokratów, sprawą do zarządzania, a nie ekscytowania się? Dopiero później, tracąc kolejne kolonie, Francuzi uświadamiają sobie jak bardzo podniecająca może być Inność?"

 

 

TURCJA - UPDATE

maxcegielski

Komentarzu do wydarzeń w Turcji dla Krytyki Politycznej udzielałem w niedzielę wieczorem, więc do poniedziałku wiele zdążyło się zmienić lub wyklarować, dlatego parę słów rozwinięcia i wyjaśnienia. Mówię tam: "Różne protesty, pełne przemocy w porównaniu z Europą, miały już miejsce, ale nie na taką skalę. Zresztą w 14-milionowej aglomeracji Stambułu nawet 100 czy 200 tysięcy osob na głównym placu nie czyni jeszcze rewolucji."

Przyjaciele co siedzą na FB itp. uświadamiają mi, że nigdy do tej pory nie było takiego poruszenia netowo-społecznościowego w Turcji. To nie zaprzecza temu co powiedziałem o wyjątkowej skali - tę było widać w każdym materiale video - ale też nie zmienia faktu, że nie ma wciąż rewolucji. Ja w wypadku takich medialno-sieciowych, słusznych i zaangażowanych, ale szumów, zachowuję wstrzemięźliwość i podejrzliwość. Mam wrażenie, że wszyscy tak bardzo chcemy przemiany i rewolty, że widzimy ją gdzie tylko się da. Podtrzymuję też argument o statystyce, Stambuł to metropolia na światową skalę, Turcja to wielki i ludny kraj, nawet tysiąc zatrzymanych przez policję ( bezwględnie brutalną ) w Ankarze to jeszcze nie jest "islamskie państwo policyjne AKP".

Poza tym, w nocy i dziś rano spokojnie było na Taksim, ale za to bardzo ostro w innych dzielnicach Stambułu i poza nim, co nie zaprzecza temu co powiedziałem dla KP: "na placu trwa miejska fiesta wolnościowa, a walki trwające w stolicy oraz w dzielnicach Stambułu przybrały już stricte polityczny charakter i wspierane są właśnie przez CHP." Pokazuje natomiast, że ferment jest głębszy i poważniejszy i może jeszcze bardziej podkopać pozycję AKP, co oczywiście dla równowagi, balansowania ich konserwatyzmu i neoliberalizmu, bardzo się Turcji przyda.

Mistycy i szpiedzy w Himalajach - video

maxcegielski

Ciąłem, zmieniałem, wrzuciłem, usunąłem, ale w końcu jest video trailer przygód w Ladakhu, filmowy wstęp do wątków rozwijanych w Kontynentach a potem, inshallah w książce:

W tekście w Kontynentach piszę:

"Przed 1850 rokiem cały Ladakh dostaje się pod kontrolę króla Kaszmiru, wasala Brytyjczyków i wkrótce w Leh otwiera się stała misja chrześcijańska, coraz częściej pojawiają „biali ludzie”. Klasztor widać na rycinie niemieckich eksploratorów, braci Schlagintweit, zapalonych zdobywców gór, penetrujących Himalaje między 1854 a 1857 rokiem. Można spytać, dlaczego wobec tego akurat Rosjanin jest pierwszym, który miałby usłyszeć o zapiskach na temat Jezusa? Po prostu nikt wcześniej nie pyta, choć pojawiają się już tacy, którzy szukają cech wspólnych Chrystusa z bóstwami Indii. Grunt pod takie dociekania tworzy paradoksalnie sam Müller porównujący języki, ale także religie. Watykan jest zaniepokojony jego naukowymi pracami, w których chrześcijaństwo staje się równoważne hinduizmowi. Podobieństwa eksploruje też francuski ezoteryk Louis Jacolliot, który w 1869, jeszcze przed podróżą Notowicza, wydaje książkę o podobieństwach między Kryszną a Jezusem. Europa w drugiej połowie XIX wieku jest zafascynowana Indiami, szuka w nich swoich nowych korzeni. “Nieznane życie Jezusa” wydaje się być po prostu naturalnym tworem intelektualnego klimatu epoki. Gdyby książki o Zbawicielu pobierającym nauki nad Indusem i Gangesem nie napisał rosyjski dziennikarz, początkujący literat, zrobiłby to ktoś inny." 

Podobnie jest w pewnym sensie z Bławatską, o czym w kolejnym numerze


Mistycy i szpiedzy w Himalajach - ciąg dalszy

maxcegielski

Za chwilę już kolejne Kontynenty - tym razem z moim tekstem o Helenie Bławatskiej i legendzie ( nieprawdziwej ) o jej podróży do Tybetu. A przecież w międzyczasie ukazał się numer z innym pięknym, ale również fałszywym mitem - Jezusa w Indiach czyli historia Mikołaja Notowicza i "odnalezienia" przez niego manuskryptu w klasztorze w Hemis. Po co wymyślił tę historię - dowiecie się z Kontynentów, a później tutaj fragmenty. To ten numer:

Global Prosperity

maxcegielski

Na wodach świata pływa w tej chwili 45 do 60 tysięcy jednostek, ale po 25-30 latach używania nie opłaca się już naprawiać statków, więc co roku kilkaset trafia na złom w Azji dając tamtejszemu przemysłowi około 15-25 milionów ton stali do ponownego przetopienia. Wielkie cielska okrętów, wielkie liczby, wielkie pieniądze. Recycling opłaca się na dużą skalę tylko tam, gdzie dostępna jest tania siła robocza, dlatego odbywa się, niezależnie od wahań koniunktury na giełdach Nowego Jorku i Londynu, w krajach tzw. trzeciego świata. W Gaddani w Pakistanie, Chittagong w Bangladeszu,  Daruk Khana w Bombaju i wreszcie w Alang w stanie Gudżarat złomowanych jest 90 procent statków.
Dlaczego pchaliśmy się do tego jedynego indyjskiego stanu w którym obowiązuje prohibicja, policja i rząd są uważane za hinduistycznych faszystów a rządzący premier parę lat temu wzniecił zamieszki między zwaśnionymi politeistami i monoteistami islamskimi? Gdybyśmy chcieli po prostu zrobić reportaż ze złomowiska powinniśmy wybrać jakieś inne, łatwiejsze w obsłudze miejsce, gdzie władza nie tworzy z biznesem bliskiego, mafijnego związku.  CDN

 

( czyli remanent z 2010: realizacja z Michał Szlaga, Kuba Czerwiński i Anna Zakrzewska )

Projekt realizowany dzięki dotacji otrzymanej od: Narodowego Centrum Kultury
Partnerzy: Europejskie Centrum Solidarności, Miasto Gdańsk, Instytut Sztuki Wyspa, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie
Partnerzy medialni: TVP Kultura, Radio Roxy

Prezentacja wystawy w Gdańsku: wystawę wybranych prac fotograficznych, slideshow oraz projekcję dokumentacji nakręconej w Alang oraz wideo found footage w Instytucie Sztuki Wyspa; a także prezentację wybranych fotografii na terenie Stoczni Gdańskiej.

Prezentacja w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie: wykład Maxa Cegielskiego oraz komentarz Adama Mazura, slideshow, projekcję materiałów wideo nakręconych w Alang, rozmów ze stoczniowcami z Gdańska i materiałów found footage, oraz dyskusję.


WRACAM

maxcegielski

W Magazynie Kontynenty, numer 3 mój tekst o Mikołaju Roerichu, zaraz ukażą się kolejne, a w nich "Jezus w Himalajach", dekonstrukcja mitu, będą świetne foty Mikołaja Długosza. W numerze 2 Kontynentów była wyprawa śladami Bronisława Grąbczewskiego. Każdy z tych "historycznych reportaży" rozwijam w nowej książce nad którą pracuję. Wracając do Azji, bardzo okrężną drogą, przez historię "Great game", XIX wieczne ezoteryzmy. Wkrótce więcej. Dziś fragment z rozdziału: „Budda w królestwie podwodnym”:


"Do historycznej stolicy krainy – miasta Leh dojeżdżam po 12 godzinach szalonej jazdy, zaś Rosjaninowi zabiera to 17 dni. Po drodze kolejne klasztory, ten w Mulbekh „przydaje skałom niezwykle heroicznego wyrazu”, zaś w obliczu Lamajuru „blednie urok miast włoskich. W Saspul prehistoryczne rysunki skalne przypominają Rerichowi te na w Ameryce i Syberii. W swobodnym łączeniu znaków na niebie i ziemi Mikołaj specjalizuje się od końca XIX wieku, kiedy studia na imperialnej akademii sztuk pięknych w Petersburgu połączył z badaniem pochodzenia człowieka i archeologią. Staje się artystą – naukowcem i tęskni za czasami, w których przestrzeń pełna była bogów więc przestaje dostrzegać różnice między kamieniami, malowidłami, czy rzeźbami. Ze znaków poszczególnych okresów historii czy cywilizacji stają się one mistycznymi kodami ukrywającymi to co uniwersalne. W jednym krótkim akapicie zapisków potrafi znaleźć cechy wspólne germańskiego boga ognia z wędrownymi ascetami wschodu, Brunhildę, córkę Odyna z buddyjskim demonem i stwierdzić, że wysłannicy indyjskiego cesarza mogli dotrzeć do europejskich druidów. W swoim zapale niweluje różnice, łączy najodleglejsze czasy i miejsca, uogólnia w sposób piękny, lecz wychodzący daleko poza akademickie rygory...." CDN

2010

maxcegielski

Zaczynając 2010 przede wszystkm dziękuję wszystkim, którzy się tu pojawiali. Za dobre słowo, za uwagi, za gratulacje po nagrodzie im. Beaty Pawlak. Wszystkiego najlepszego w nowym roku! Jednocześnie przepraszam, że tak rzadko tutaj piszę, ale coraz więcej pracuje nad nową książką, która, tak jak zapowiadałem, będzie o Polsce. Jej bohaterowie, tematy, problemy właściwie nie wiążą się w żaden sposób z prezentowaną tu tematyką masalowego pogranicza kultur i dyskursów. Nowa książka ma tytuł roboczy "Rekonstrukcja" i nie będzie nawet polegała na podróżach po Polsce. Zresztą za rok czy dwa sami zobaczycie. Pozdrawiam!

Koken Ergun

maxcegielski

Wielokrotnie nagradzane filmy urodzonego w 1976 roku Kökena Erguna można oglądać nie tylko w lokalnym kontekście tureckim. „Ja, żołnierz” oraz „Flaga” pokazywane na wystawie „Labirynt pamięci, oblicza zła 1939-2009”. Pierwszy z nich nakręcony został w trakcie stadionowych uroczystości Narodowego Dnia Młodzieży i Sportu, ustanowionego w rocznicę rozpoczęcia wojny o niepodległość Turcji. Drugi to wspomniany na początku Dzień Dziecka związany z kolei rocznicą początku obrad Zgromadzenia Narodowego. Już samo związanie tych historycznych dat ze świętami dzieci czy młodzieży i sportu pokazuje wszechogarniającą obecność systemu państwowego zbudowanego na nacjonalistycznych odwołaniach. Kamery Erguna i jego współpracowników rejestrują tylko oficjalną rzeczywistość. Nie muszą podglądać, to otwarte dla obywateli rytuały, w których wręcz należy wziąć udział. Im więcej kamer tym lepiej, dzieci uśmiechają się bezpośrednio do nas z ekranu śpiewające, że wykopią grób każdemu kto nie szanuje flagi tureckiej tak jak one. Prawdopodobnie tak samo jak film Erguna wyglądałby reportaż w wiadomościach telewizyjnych. Jednak przeniesienie obrazów w przestrzenie galerii czy festiwali filmowych i zaprezentowanie międzynarodowej publiczności wyostrza sens przekazu. Natychmiast widzimy analogię między dziećmi śpiewającymi o śmierci wrogów Turcji i przytulanymi potem przez generałów a scenami ze Stalinem czy Hitlerem biorącymi na kolana „przyszłość narodu”. Z kolei oglądając popisy sportowe dzielnych wojaków na filmie „Ja, żołnierz” przypominamy sobie podobne ceremonie we współczesnym Izraelu ( z ich zapisami były razem pokazywane ), ale też historyczne parteitag`i nazistów, pochody 1 majowe w ZSRR i popisy młodzieży polskiej w sanacyjnej Polsce. Rytuał nacjonalistyczny choć opiewa odrębność danej grupy etnicznej jest uniwersalny a choć świecki to jego nawiązania do struktur świąt religijnych dostrzeże każdy student. 

To fragment mojego tekstu, który ukaże się w katalogu wystawy "Labirynt pamięci".

Nagroda im. Beaty Pawlak dla "Oka świata"

maxcegielski

Wczoraj została przyznana nagroda imienia Beaty Pawlak. Otrzymało ją moje "Oko świata" oraz książka "Dym się rozwiewa" Jacka Milewskiego. Z oficjalnego uzasadnienia jury:

"Co roku nagroda jest przyznawana za publikację, w tym roku postanowiliśmy docenić także wieloletnie zaangażowanie i trud autorów przybliżających nam „inne cywilizacje”.Nie po raz pierwszy Kapituła zdecydowała się przyznać 2 równorzędne nagrody. Maks Cegielski za „Oko świata”. Razem z Cegielskim przeszliśmy daleką drogę. Od wędrówki do Indii, gdzie się wybrał by szukać samego siebie, przez Pakistan - to już było odkrywanie tajemniczego świata absolutu i mistyki – po Turcję, zdawałoby się bliższą, odkrytą, oswojoną. Cegielski pokazał nam jednak jak niewiele o Turcji, Turkach i ich stolicy wiemy. Jest typem dobrego podróżnika, któremu nie przeszkadzają spotykani po drodze ludzie. Nie odpycha ich, bo zasłaniają piękny widok. Przeciwnie, pozwala im mówić. Miejsca wypełniają się życiem. Mówi się, że podróże kształcą. Z Maksem Cegielskim na pewno." 

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci