Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

Polska

Działo się i będzie dziać

maxcegielski

Jedno z bardziej inspirujących spotkań jakie zdarzyło mi się prowadzić. W wyremontowanej, ale pustej hali dworca "Warszawa Stadion" młody fotograf Filip Skrońc i jego projekt " 1/280" czyli jedna dwieście osiemdziesiąta dawnego, mitycznego już "Jarmarku Europa" na terenie "Stadionu X lecia". Filip na jarmarku się wychowywał, teraz odnalazł jego resztki parę metrów od pustki placu wokół Koszyka Narodowego, właśnie przy dworcu. Aktualny bazar wygląda jak skansen albo raczej ostatni bastion oporu wobec modernizacji. Filip otworzył tam swój stragan - budę gdzie zapraszał handlujących i fotografował-portretował. Bez zadęcia na sztukę, za to z empatią dokumentalisty, choć eksperymentującego. W dyskusji głos z sali/hali że my "hipsterzy" z drugiej strony Wisły mogliśmy przyjeżdżać sobie na Jarmark Europa jak na safari, a dla młodych mieszkańców Pragi to był wstyd, że muszą ( bo ich nie stać na co innego ) kupować "adiki" i "dżiny" podrabiane na Stadionie. Jeśli tak to teraz modernizacja, pustka nowoczesności i Koszyka Narodowego ma z kolei ukrywać ten wstyd za okres transformacji. Tak jak Jarmark ukrywał rodzaj "wstydu" z powodu PRL, a oryginalny Stadion Hryniewieckiego z 1955 z kolei przykrywał, ukrywał "wstyd" czy traumy II Wojny Światowej. Procesy wymazywania, przysypywania, ukrywania wciąż trwają, obecna "1/280" ma już nakaz rozbiórki, choć teren prywatny, odzyskany ( po zabraniu dekretem Bieruta ) ale kontenery i szczęki to "samowolka budowlana", nie pasuje do nowej narracji Polski w EU. Mam nadzieję, że Filip zrobi album i coś do niego napiszę rozwijając te myśli. 

A 16 maja o 19:00 w Krytyce Politycznej będę brał udział w dyskusji wokół nowego numeru KP o Indiach o "demokracji zbuntowanych" oraz "nowoczesności na peryferiach". Zapraszam.

A wciąż brak czasu na sprawozdanie z tego co działo się w Stambule...będzie asap

"Wewnętrzny kolonializm" w Polsce 1931

maxcegielski


Jak pokazuje cykl zdjęć Tadeusza Cypriana “Wyprawa fordem” z 1931 roku, prezentowany na wystawie “Atlas Nowoczesności” w Muzeum Sztuki w Łodzi, etnograficzne spojrzenie elit na polską prowincję istniało już przed wojną. Tutaj oglądamy wycieczkę znanego fotografa, a zarazem prawnika wraz z przyjaciółmi, samochodem po egzotycznych małych miasteczkach. Można tu natrafić na "okazy": Żydów, kobiety w chustach. To spojrzenie etnograficzne a zarazem bardzo kolonialne, uwikłane w hierarchiczny model społeczny, w którym jedne przejawy kultury są lepsze ( ponieważ nowoczesne ), inne zaś gorsze ( tradycyjne ). Tym co stare, nienowoczesne, a więc i egzotyczne, można się fascynować, ale tylko w wersji oswojonej, ujarzmionej. Sfotografowanej, zbadanej, włączonej w nowy dyskurs ( jak folklor w Cepelii ) Cały dział ekspozycji w MS2 poświęcony “Tradycji” udowadnia dwuznaczną relację między awangardą a “ariergardą”, z którego jak sądzę można wyciągnąć wnioski dotyczące współczesności. Tymczasem próby analizy naszej historii i współczesności przez pryzmat teorii post-kolonialnych nigdy nie weszły do głównego nurtu intelektualnego. Zazwyczaj pojawiały się w dyskursie literaturoznawczym, nie były wystarczająco wykorzystywane w świecie różnych sztuk wizualnych. Sugerowały jednak kolonialny stosunek elit ( politycznych, artystyczny, umysłowych ) do reszty społeczeństwa. Czasem można odnieść wrażenie, że w ramach “Polsko-polskiej” wojny światopoglądowej “liberałowie” zbyt często szermowali pojęciami “ciemogrodu”, “wstecznictwa”, “zacofania” czy “europejskości” spoglądając z wyżyn “metropoli” na prowincję ( dosłowną bądź metaforyczną ) i peryferia. Jest to również problemem w dyskusjach miejskich, zarówno w Łodzi jak i Warszawie, gdzie wciąż brakuje języka oraz pomysłu na jakiekolwiek interakcje i dialog z lokalnymi “wykluczonymi” czyli skolonizowanymi. Modernizacj, tak jak przed II wojną światową wciąż jest hasłem propagandowo wykorzystywanym przez władze. Relacja do “tradycji” a więc grup społecznych, ideologii i sił uważanych za “anty-nowoczesne” nadal wyznacza granice języka i debaty.    

 

Nahacz w TVP Kultura

maxcegielski

Rozmowa z Jarosławem Klejnockim i Jakubem Żulczykiem już w piątek 13 marca o 22.05. Tutaj parominutowy skrót. Szybko cięty w domu na finalcut, prosze wiec wybaczyc rozne przyciete slowa. I musze powiedziec, że jakos wciaz mnie sie trzyma ten temat, zycia, tworczosci i smierci mlodego chlopaka, ktorego nie znalem. Rozmawialem o tym w Krakowie z Mateuszem Moczulskim (http://przeholowana.blogspot.com/ ) na nocnym posiedzeniu. Ja zastanawialem sie, może głupio, jak można popełniać samobójstwo w lipcu, kiedy to każdy dół można zabić idąc w miasto, przez warszawskie parki. A Mateo na to, że pamieta tę noc, były burze, dla meteopatów i innych wrażliwców ciężki czas. W Krakowie mówiliśmy też o przypadkowej zdajsie śmierci Bolca. A na samym spotkaniu w klubie Lokator ( do którego jeszcze tu wrócę) wspominałem o "Niezwykłych przygodach Roberta Robura". Jakoś te wszystkie śmierci zmieniają patrzenie na lata `90, okres transformacji staje się jeszcze bardziej historyczny i warty w końcu podsumowania, pisania. To zresztą moja obsesja ostatnio, której daję upust nawet w imprezowych gadkach przy szkle i zamęczam...No nic, poniżej szczypta rozmowy o Nahaczu, zapraszam na program...

 

Nahacz i Magik

maxcegielski

Nie masalowo, ale historia, ktora jakoś przeżyłem, podobnie zresztą jak śmierć Magika z Paktofoniki, którego troche poznalem osobiscie. Z dużym zainteresowaniem, ale i rozczarowaniem czytałem scenariusz Macieja Pisuka, wydany przez "Krytykę Polityczną". Z Mirkiem Nahaczem nie było aż tyle szumu, może nawet ma rację Kuba Żulczyk, kiedy pisał w magazynie Dziennika, że za mało. Kiedy młody pisarz, autor "84", "Bombla" i "Bociana i Loli" się zabił, właściwie przeszło to bez echa. Może to właśnie hip hop przejął po literaturze, przynajmniej na pewien czas zdolność tworzenia mitów? Historie Magika i Nahacza są gdzieś podobne: obydwaj to nadwrażliwcy, których przerasta rzeczywistość. "Poeci życia" robiący karierę, która ich wykańcza. Po samobójstwie Nahacza rozmawialiśmy o nim, w kontekście też wydanej wtedy biografii Wojaczka, we wrześniu 2007 tuż po jego śmierci. 

Za tydzień, w piątek 13 marca o 22.05 w TVP Kultura moja rozmowa z Kubą Żulczykiem http://jakubzulczyk.ownlog.com/ i Jarosławem Klejnockim http://klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl/, którzy na swoich blogach ciekawie spierali się o "mit" Nahacza. W rozmowie bardzo dużo miejsca poświęcamy "Niezwykłym przygodom Roberta Robura", pośmiertnie wydanej ostatniej książce pisarza. Byłem pod ogromnym wrażeniem Robura, poprzednie książki wogóle mi się nie podobały. Jestem z innego pokolenia niż Nahacz, nie znałem go, nie jestem aż tak przesiąknięty popowym, medialnym systemem odwołań, tropów, tematów. A jednak zamysł książki wydał mi się jasny, co mogłoby dowodzić, że ociera się ona o... genialność. Wkrótce chociaż fragment nagrania audio-video, na razie reportaż o Mirku Nahaczu, zrealizowany w Krakowie, będzie też miał emisję u nas w TVP Kultura. I jeszcze jedno, losy chłopaka z Gładyszowa, który gra w grę komputerową Warszawa i nagle uświadamia sobie, że to rzezczywistość... i zabija sie naprawdę, są równie mocną metaforą co losy Magika. Ale może dobrze, że Nahacz nie został aż tak zideologizowany, jak Magik przez Krytykę Polityczną. Dla mnie obydwaj nadają się na nowych ludzi " z marmuru", jak pisał Marecki o Magiku.


Nahacz from Niedoczytania.pl on Vimeo.

A Polska?

maxcegielski
Łatwo zapomnieć o najbliższym podwórku, ale czasami trzeba spojrzeć sie na Polske. Mnie do tego zmusiła debata w "Dzienniku" o wyborach 30 latków...

Polska kraj post kolonialny? - cd

maxcegielski

„Spojrzenie obcego (…) Tak postępuje ktoś, kto traktuje siebie jak turystę w obcych regionach” Podróżnik – Anderman, zdaniem Czaplińskiego tak filtruje sytuacje aby uzyskać „coś w rodzaju ciekawostki etnograficznej. Ciekawostki tej nie da się skomentować, zrozumieć, wyjaśnić. Świat obserwowany jest więc zarazem obcy i oczywisty: skoro jest obcy to warto go sfotografować, skoro jest oczywisty, to nie ma sensu go wyjaśniać”. Pięknie powiedziane, idealnie pasuje do Piera Lotnego, do różnych orientalnych fascynacji mniejszego formatu, na poziomie popularnym, podróżnika-imperialisty masowego. Pisze to zresztą sam Czapliński, zauważając pod koniec, że Anderman – „narrator przywłaszcza sobie perspektywę kolonialisty, lecz nie ma odwagi by ją nazwać”

Perspektywa kolonialna wykorzystana przez Czaplińskiego do opisu współczesności, tego co tu i teraz może zaskakiwać. Trzeba jednak pamiętać, że cechą ludów skolonizowanych, choćby dawno temu jest pozostałość podbicia w „umysłach zniewolonych” rozumianych nieco inaczej niż u Czesława Miłosza. Tekst nieoczekiwanie wpisuje się w dyskusje prowadzoną w prasie od czasu zwycięstwa PISu w wyborach. Niezależnie od tego jak bardzo nielubie Kaczyńskich trzeba przyznać, że dopiero ich wygrana otworzyła debate między ideami Gazety Wyborczej a publicystami takimi jak Cezary Michalski i szerzej ze środowiskiem skupionym dzis wokół „Dziennika” a szczególnie dodatku Europa. W perspektywie kolonialnej ja sam byłem przez lata jak sędzia Patel z „Brzemienia rzeczy utraconych” Kiran Desai. Nienawidziłem Polaków za to, że nie są Europejczykami, skutkiem takich postaw stała się przepaść między elitą (zeuropeizowaną, już zmodernizowaną) a ludem i wygrana populistów. Bo trzeba przyznać, że zwycięstwo PISu i ich koncepcji IV RP jest niestety dowodem na porażkę III RP.

Wracając do postkolonializmu. Ani tekst w ani w Tygodniku Powszechnym ani w Znaku nie są pokłosiem „Niesamowitej słowiańszczyzny” Marii Janion. Czapliński wpisuje Andermana w swoje zainteresowania postkolonialne a Skórczewski wykorzystuje swoje doświadczenia z pobytu w USA. A przecież pisze Janion wprost: „Procesy zaborczego skolonizowania Polski w XIX i XX wieku oraz przeciwstawne im Sienkiewiczowskie marzenia o kolonizowaniu innych wytworzyły nieraz paradoksalną polską mentalność postkolonialną”. Czytając to nie mogę opędzić się od porównań z Indiami, które ledwo stały się niepodległe zaczęły kolonizować Kaszmir, Sikkim, Andamany i inne swoje peryferyjne prowincje. Z części Imperium brytyjskiego natychmiast same stały się molochem wchłaniającym innych. W Polsce proces ten był oczywiście wcześniejszy, istniał w czasach akcji książek Sienkiewicza, a teraz jest raczej postawą mentalną bo w przeciwieństwie do potężnych Indii nie możemy sobie pozwolić na żadne podboje. Jak pisze z kolei Przemysław Czapliński w Tygodniku: „Społeczeństwo skolonizowane przez własną mentalność, po odejściu dawnego kolonizatora, dziś łapczywie szuka obcych i wyznacza ich z precyzją zawdzięczaną dwustu latom niewoli: żyd, pedał, kolaborant.” Okazuje się, że zajmowanie się dalekimi Indiami pozwala jednak zrozumieć ojczyznę, teraz i tutaj.

 

Polska jako kraj postkolonialny?

maxcegielski

Czy modelem, problematyką, terminologią postkolonialną można opisywać Polskę? Kraj, który przecież był „kolonią” sowiecką, którego umysły zostały zniewolone, fascynowały się okupantem tak jak hindusi Brytyjczykami? Czy taka perspektywa analizy może dodać coś nowego do myślenia o komunizmie? A może nawet wyzwoli nas z patologicznego obłędu myślenia w kategoriach komuna-postkomuna? Może przesunięcie w taki sposób akcentów uratowałoby pamięć o realnych dokonaniach okresu powojennego? Może myślenie o naszych losach tak jak o losach innych podbitych, niezależnie od koloru skóry, pozwoli nam nie wylewać dziecka z kąpielą?

Nie twierdzę, że za komuny było dobrze, ale wiem ilu ludziom, takim jak mój dziadek, prosty chłopak z biednej galicyjskiej wsi, umożliwiła awans społeczny. Przemek Wielgosz w arcyciekawym tekście „Od zacofania i z powrotem. Wprowadzenie do ekonomii politycznej peryferyjnego miasta przemysłowego” opublikowanym w książce „Futuryzm miast przemysłowych” (Ha!art 2007) przypomina, że jednak lata 1945-89 spowodowały ogromny skok modernizacyjny Polski. Powołując się na teksty naukowe bynajmniej nie propagandowe bo powstałe już w XXI wieku przypomina, ze w 1950 roku osiągnęliśmy produkcję przemysłową z 1938. Jakim kosztem – wiadomo, ale fakty pozostają faktami. Szybka urbanizacja, awans dolnych warstw społecznych, zmniejszenie roli rolnictwa. Podstawy tego sukcesu były oczywiście kruche i system padł pod własnym ciężarem, wracając do punktu wyjścia – pozycji peryferyjnej w światowym systemie.

Jak więc pamiętać o plusach tego okresu historii, nie zamykając zarazem oczu na brak wolności, na śmierć „wrogów ludu”, na antysemickie czystki itd.? Być może właśnie poprzez przeniesienie ciężaru z „komunizmu” na „sowiety”, a w szerszej perspektywie czasowej – na Rosję i innych rozbiorców? Być może drogą jest przyznanie, że w drugiej połowie XX wieku byliśmy państwem podbitym a w XIX nie było nas wcale?  Nawet jeśli po 1945 był to najweselszy barak obozu socjalistycznego, to jednak byliśmy zniewoloną prowincją Imperium. Stacjonowały tu wojska radzieckie, przyznanie tego nie powinno zniszczyć naszej dumy narodu peryferyjnego.

Mam wrażenie, że zainteresowanie teorią postkolonialną w kręgach lewicowych ( np. „Lewą nogą” czy „Le monde diplomatique”) może mieć ciekawy ciąg dalszy i w tej właśnie perspektywie możliwa jest obrona w Polsce projektu lewicowego. Piszę te słowa po lekturze dwóch ciekawych tekstów używających klucza postkolonialnego do pisania o Polsce i naszej literaturze. Obydwa ukazały się w krakowskiej prasie katolickiej, obydwa odwołują się do „Orientalizmu” Edwarda Saida.

"Orientalizm"

 

We wrześniowym numerze „Znaku” Dariusz Skórczewski pyta „Dlaczego Polska powinna upomnieć się o swoją postkolonialność” i odpowiada, że w celach autopromocyjnych. Wpisanie naszej historii w podobny kontekst co dzieje Indii, Afryki czy Ameryk uratowałoby studia slawistyczne, uważane w USA podobno za badające literatury zbyt silnie skontekstualizowane, czyli po prostu niezrozumiałe dla innych czytelników. Szczere przyznanie się do tego, że byliśmy niewolnikami tak samo jak „czarni, żółci i czerwoni” umożliwiłoby zrozumienie naszych losów innym ludziom. Ale, czego autor przez grzeczność nie pisze, Polakom trudno byłoby przyznać, że mają coś wspólnego z „kolorowymi” stąd zapewne ciągła niepopularność perspektywy postkolonialnej w Polsce. W głębi duszy jesteśmy oczywiście wciąż rasistami.

( Warto przeczytać tekst Micka Hume`a przedrukowywany ze „Spiked” w Forum z końca lata pt. „Bomba białego człowieka”. Autor, marksista, udowadnia, że bombę atomową zrzuciła Ameryka na Japonię z powodów rasowych, po to aby podreperować zniszczony przez „żółte małpy” wizerunek niezwyciężonego białego człowieka w Azji )

„Fotograf postkolonialnego świata” to z kolei tekst Przemysława Czaplińskiego o nowych „fotografiach” Janusza Andermana – „protekcjonalnego inteligenta”, który ukazał się w Tygodniku Powszechnym ( 7 pazdz2007) Okazuje się, że myślenie polskich elit o reszcie narodu-ludu, jego historii i przywarach może być naznaczone dumą kolonialisty w białym hełmie, czy w wersji współczesnej – podróżnika z plecakiem.

cdn...

znak

ps. ta wersja wpisu różni się nieco od pierwotnie tu opublikowanej. A w "Znaku" jak widać po okładce mnóstwo innych ciekawych tekstów w tym Piotra Kłodkowskiego o aktualnej sytuacji w Nepalu.

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci