Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

kolonialne/postkolonialne

Polska postkolonialnie

maxcegielski

Już 6 maja mój nowy felieton w Krytyce Politycznej, w którym używam pojęć postkolonialnych do problemu normańskiego/wikińskiego pochodzenia Mieszka I oraz dyskutuję z używaniem tychże pojęć w nowym numerze "Pressji". Zakupiłem go od razu, ponieważ to środowisko zdaje się być samą śmietanką, żeby nie powiedzieć elitą, frakcji konserwatywnej. Nie rozczarowałem się, ale jak piszę w KP:

"Autorzy „Pressji” najpierw dezawuują postkolonialne podejście badawcze. Stwierdzają krótko, że „jego powstanie było efektem poczucia winy Zachodu, który w akcie skruchy za całe wieki kolonialnej agresji i podbojów postanowił dopuścić skolonizowanych do głosu.” Trzeba jednak przypomnieć, że badania postkolonialne rozpoczęły same ofiary imperium czyli np. intelektualiści pochodzący z subkontynentu indyjskiego. Poczuciu winy Zachodu można by jedynie przypisać akceptowanie ich idei przez akademików Europy czy Ameryki, choć nie obywa się przecież bez ostrych naukowych konfliktów.

Podpiszę się nawet rękami i nogami, pod tym, że polskie elity nie wierzą we własną wartość co wynika z „wpojonego skolonizowanemu narodowi głębokiego przekonania o jego niższości”. Toż to właśnie jest esencja studiów postkolonialnych, „Czy podporządkowani inni mogą przemówić?” (własnym językiem) to tytuł sztandarowego eseju Gayatri chakravorty Spivak, tłumaczonej i wydawanej przez Krytykę Polityczną. Nie zamierzam wypominać konserwatystom, że zaczęli używać do swoich celów języka, który lewica tworzy od dziesiątków lat w pocie czoła. Nie będę wypominał, że „Prywatyzując Polskę”, sztandarową pracę o „mimikrze” czyli kolonialnym naśladowaniu stylu hegemona, wydała właśnie KP. Chodzi mi raczej o to, że na przykładzie „Pressji” widać, że studia postkolonialne pokazują jak przekraczać skostniałe, proste, binarne opozycje np. na lewicę i prawicę. A poza tym do dwóch modeli tożsamościowych z rozmowy z Andrzejem Lederem należy dodać jeszcze lewicowe, krytyczne podejście do Polskiej historii. To, które ekipa już nie śnionej, ale jakże realnej rewolty, nazywa „pedagogiką wstydu”.

Jednak  przypominanie o tym, że Mieszko I sprzedawał dawnych „Polaków” jako niewolników muzułmanom na Wschodzie, nie wynika z mojej idealizacji Zachodu i poczucia wstydu. "

Więcej w Krytyce a tutaj jeszcze tylko odpowiedź dla jednego z komentatorów. Ponieważ nawet chęć polemiki i obrony swojego dobrego imienia nie zmusi mnie (na razie) do założenia konta na FB. Ktoś napisał, że manipuluję faktami, ponieważ google wcale nie podpowiada hasła "islamskie ścierwo". Dowód rzeczowy poniżej:

podpowiedzi_googla

 Pokazywałem zresztą ten obrazek podczas dyskusji w CSW, z cyklu "Re orientalizacja islamu", w której wkrótce pojawi się sam Tahar Ben Jelloun, a z naszego spotkania o "Medialnych uwikłaniach islamu" zapis video jest już dostępny:

 

 

 

Wspomnienie z wystawy "Mapa" w Zachęcie

maxcegielski

To jeszcze wspomnienie z wystawy "Mapa. Migracje artystyczne a zimna wojna" w Zachęcie. Na pierwszym planie rzeźby wykonane przez Janka Simona na "drukarce 3D własnej roboty", według szkiców polskich artystów po ich wizytach w Paryskim "Muzeum Człowieka". W tle film zmontowany z etnograficznych zdjęć przez Annę Molską, ta sala "egzotyki" otwierały wystawę, prowadziły do sal "zachodu" i "wschodu". Te pierwsze moim zdaniem udowadniały, że fascynacje Paryżem były czołobitne i prowadziły do kopiowania. Relacja bardziej komplikuje się w sali "Wschodniej" ( z elementami bliskiego Południa socjalistycznego )


Tu na zdjęciu studenci Artymowskiego w Bagdadzie ( wątek ekspansji architektoniczno-urbanistycznej w Iraku i Iranie poruszany przez projekt Łukasza Stanka, a szerzej przeze mnie w "Przewodniku interdsycyplinarnym Polska&Azja" ) Sala "wschodnia" obejmowała podróże po opadnięciu Żelaznej Kurtyny, stalinowskim odcięciu ( częściowym ) od Zachodu, były tam więc Albania, Bułgaria a także Wietnam, oraz odrobina Iraku i okolic. Tutaj to raczej my jesteśmy nauczycielami, choć nie do końca "kolonialnie", relacja jest bardziej skomplikowana. Nie wyjaśniała jej niestety sesja naukowa w Zachęcie, która skupiła się właśnie na podróżach polskich artystów do Londynu i Paryża. Dla mnie paradoks zimnej wojny polega na tym, że oknem na świat stało się Delhi czy Bagdad. Zostaliśmy zglobalizowani przymusowo, o czym świadczą okładki pisma "Świat" pokazane na wystawie "Mapa" jako kontekst w sali "Wschodniej"


Ciekaw jestem jaki był nakład pisma "Świat"? Jak się ma do współczesnych "Podróży", "Voyage" itp? Oczywiście ludzie kupowali numery licząc na przemycone zdjęcia z Zachodu właśnie, a nie fascynując się rewolucją w Boliwii ( pamiętam zachowane egzemplarze u Rechowiczów, z wystawą w Brukseli ). Ale zmuszeni odgórnie, poznawali jednak 3 świat...

Po promocji "Przewodnika Polska & Azja"

maxcegielski

Dziękuję wszystkim, którzy się zjawili we Wrzeniu Świata, licznie, mimo pięknej pogody i innych, typowo warszawskich okoliczności. Najwięcej krytyki wzbudził mój arbitralny, autorski, wybór tematów do książki. Dlaczego pominąłem różne kraje, dlaczego nie ma np. Chin, czym właściwie się kierowałem? Odpowiadam, że nie chciałem tworzyć atlasu czy mapy, celem nie było spisanie historii relacji Polski z każdym krajem geograficznie sprecyzowanej Azji. Chodziło o wyznaczenie zakresu tematów ważnych dla tej historii, a szczególnie tych pominiętych, niezauważanych jak nasza "obecność" w Afganistanie, stosunek do uchodźców i zapomniana przeszłość. Książka dzieli się właśnie na takie trzy części, moim zdaniem determinujące relacje z jakimkolwiek krajem Azji. Tak jak potęga Ligi Morskiej i Kolonialnej do 1939 roku, opisywana w tekście Andrzeja Szczerskiego, plakat który poniżej zaszokował publiczność i był niezbitym dowodem na potęgę marzeń:

 

Z epoki opisywanej w książce i na spotkaniu przez Janka Sowę trudniej o wizualizacje i jego teza, że Rzeczpospolita Obojga Narodów i jej ekspansja na Kresy była projektem kolonialnym wzbudziła sprzeciw. Po szczegółowe dowody odsyłam do książki, tutaj jeden cytat z pism z epoki "szlacheckiej" na temat Ukrainy:

 
"Owa zgoła ta Polska Niżna nic inszego nie będzie, iedno nowe Coloniae

Polskie, iako też czytamy inne państwa przed laty Coloniae swe

miewały..."

 

Nie przekonało to części gości, którzy mówili o najazdach Tatarów jako dowodzie na to, że nie byliśmy państwem kolonizującym, ale niestety, co ma jedno z drugim wspólnego? Dlaczego najazdy czy stroje "orientalizujące"/tureckie miałyby dowodzić, że nie Rzeczpospolita Szlachecka nie była "Kompanią kresową" jak twierdzi Sowa? Do czasu powstania Sipajów nawet Anglicy w Indiach przyswajali elementy ubioru, ale to jednak oni rządzili a nie Hindusi.

 


Sporo ciekawych komentarzy wywołały też wypowiedzi Joanny Turowicz ( pierwsza z lewej, obok Sowa, ja stoję ) na temat problemów z akceptacją obyczajów uchodźców z Kaukazu, ale o tym więcej w filmiku z promocji, który montuję i wkrótce wrzucę. Wszystkim autorom i gościom - dzięki!

"POLSKA & AZJA. OD RZECZPOSPOLITEJ SZLACHECKIEJ DO NANGAR KHEL" 2

maxcegielski

 

 "Przewodnik interdyscyplinarny" jest intelektualnym rozwinięciem "działań performatywnych" z Festiwalu Malta w Poznaniu w 2012 roku, części pod hasłem "Akcje Azjatyckie/Asian investments":

" Każde z nich - może – i powinno stanowić zachętę do poszerzenia społecznej i historycznej refleksji na temat relacji Polski i Azji, czy też raczej roli Polski w Azjopie. Temu właśnie ma służyć publikacja książki pofestiwalowej. W jej pierwszej części przyglądamy się historii naszej obecności w Azji. To ważny punkt wyjścia do dalszej dyskusji, ponieważ teksty i wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego przyzwyczaiły nas do myśli, że jesteśmy „niewinni”, nie dźwigamy żadnego kolonialnego bagażu. Podróżując przede wszystkim w czasie zimnej wojny, mistrz reportażu zauważał, że Polska w przeciwieństwie do potęg Zachodu (Wielkiej Brytanii, Francji czy USA) i Wschodu (ZSRR) nie wywołuje w krajach Trzeciego Świata negatywnych skojarzeń. Nie oznacza to jednak, że nasi rodacy byli w ogóle nieobecni w Azji po drugiej wojnie światowej – piszę o tym w tekście poświęconym wątkowi „kominternowskiego europocentryzmu”. Rzeczywiście, nigdy nie staliśmy się państwem kolonialnym, co nie oznacza, że nie chcieliśmy. Marzenia o zamorskiej ekspansji były zasadniczym elementem ideologii nowoczesności w okresie międzywojennym. Społeczną potęgę tych niespełnionych marzeń przybliża historyk sztuki Andrzej Szczerski, kurator wystawy Modernizacje 1918–1939. Czas przyszły dokonany, która prezentowana była w Muzeum Sztuki w Łodzi w 2010 roku. Kapuściński i inni autorzy narracji o idyllicznych, budzących nostalgię Kresach przyzwyczaili nas także do myślenia o Rzeczpospolitej Szlacheckiej jako „raju utraconym”. Jak jednak dowodzi w kolejnym eseju socjolog Jan Sowa, autor rewolucyjnej pracy Fantomowe ciało króla, nasza ekspansja na Wschodzie była de facto projektem kolonialnym. Wspomniane trzy teksty z pierwszej części książki podważają potoczne wyobrażenia o pozycji Polski w Azjopie i jej historii na przestrzeni dziejów. Można z nich wysnuć wniosek, że nawet jeśli jesteśmy „niewinni” z punktu widzenia mieszkańców wielkiego kontynentu, to nasze myślenie o nich przesiąknięte jest dumą oraz pogardą „białego człowieka” wobec „innych”. Przewodnik interdyscyplinarny nie rości sobie praw do bycia książką naukową – wręcz przeciwnie, jego siła tkwi w mieszaniu perspektyw i dyskursów...."

 

Więcej w książce i na blogu wkrótce. A ten film z oprowadzania kuratorskiego po wystawie "W sercu kraju" w Muzeum

Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, praca Zbigniewa Warpechowskiego "Azja" może posłużyć za komentarz. Masalowa

sytuacja z pogranicza dyskursów:

Dla uzależnionych od FB link do wydarzenia, promocja "Przewodnika" 17 czerwca o 19.00 we Wrzeniu Świata,

Gałczyńskiego 7, Warszawa. Z tą datą się nie pomyliłem, natomiast moj felieton w Przekroju będzie dopiero, też, 17

czerwca, również tekst o Bławatskiej do Kontynentów przeskoczył do następnego numeru czyli na wrzesień.

 

Trawelebryci

maxcegielski

Staram się nie mieszać moich aktywności, medialnej z tą "postmasalową", literacką itp, ale wyjątkowo nasza ostatnia w tym sezonie Hala Odlotów w TVP Kultura jest o podróżach 

Pod wpływem tej rozmowy mój nowy felieton do Przekroju, pt. "Podróże nie kształcą", już w najbliższy poniedziałek w druku, więc tutaj na razie tylko urywek:

"Bogata biała kobieta przytula przestraszone afrykańskie dziecko, obok, w prawie identycznej pozie, małą małpkę. Moja córka i syn przystają codziennie przed reklamą „Dzieci świata” i „Zwierząt świata” Martyny Wojciechowskiej, pytając: „Czy Afryka to takie wielkie ZOO?” Rzeczywiście, ziemia poddana medialnej i biznesowej obróbce przez trawelebrytów zamieniła się w teren wielkiego safari, a mieszkańcy błękitnej planety zostali zredukowani do poziomu „dzikich”.

Bez cudzysłowu mówi tak gwiazdor polskiego „katolstwa” ( jak sam się określa ) exportowego – Wojciech Cejrowski. Na tyle inteligentny, że wprost przyznaje się do kontynuowania klasycznej antropologii, będącej tworem kolonializmu. Wiedza naukowa o podbijanych obcych lądach i ludach od początku służyła sprawowaniu nad nimi władzy, wyrażającej się ciągłym udowadnianiem wyższości białego człowieka nad miejscowymi kulturami. Jasnoskóra lady przytula dziecko o ciemnej skórze, aby pokazać, że jej rasa ma prawo sprawować nad nim polityczną i gospodarczą kontrolę..."

więcej w Przekroju...

O "trawelebrytach" ciekawie pisał kiedyś literacki dodatek do Tygodnika Powszechnego w 2012, "Papierowe podróże", który miałem przyjemność otwierać tekstem "Awanturnicza geografia", gdzie pisałem:

"Dla mnie podróż jest tylko pretekstem do literatury, jedynie punktem wyjścia, jednym ze sposobów na uzyskanie stanu zadziwienia, zaskoczenia, trudniej osiągalnego, kiedy jest się ciągle w tym samym miejscu. Podziwiam zresztą tych, którym udaje się dziwić przechadzając się codziennie po tych samych ulicach. Wzorem niedoścignionym jest dla mnie Kant nie opuszczajacy Królewca, a jednak wciąż pozostający w transie dziecinnej naiwności, która każe nam uprawiać zarówno filozofię jak i literaturę i wogóle: sztukę. Na przekór wyobrażeniom o pokonywaniu przestrzeni zwiduje mi się jednak jako wielki podróżnik, być może dlatego, że nie ma już miasta dzielnie przemierzanego przez mędrca. Kontrast między światem z historycznych pocztówek, a współczesnymi blokowiskami wraz z modernistycznym Domem Sowietów jest tak wielki, że zmusza umysł do pracy bradziej niż potęga ośnieżonych szczytów w Karakorum. Te ostatnie wywołują we mnie raczej poczucie oszołomienia i małości, prowokują do medytacji, a nie twórczego myślenia. Choć sensowne opisane wysokiej góry, bez popadania w tani liryzm, czy pseudo metafizyczną symbolikę jest dla mnie wciąż ambitnym wyzwaniem.

Podczas „Kolosów“ w Gdyni nie ma jednak miejsca na rozważania co do formy i stylu opisu przygód. Impreza jest zdominowana przez „ten rodzaj opowieści ( który ) spotyka się z życzliwym przyjęciem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Amazonia, Tybet, Afryka zalewają księgarnie w formie książeczek podróżniczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych, w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie może ocenić wartości przytoczonych obserwacji“.  Ironicznie opisuje powodzenie „zawodu podróżnika“ Claude Lévi-Strauss w latach pięćdziesiątych, kiedy wraca już ze swoich najważniejszych badań terenowych. Zaskakująca jest przemiana atmosfery wokół przedstawień egzotyki we Francji i prowokuje mnie do stworzenia szybkiej teorii. Czy to dlatego, ze przed II Wojną Światową rządy w Paryżu kontrolują jeszcze różne „posiadłości zamorskie”, jak eufemistycznie nazywano kolonie? Obcość jest więc naturalnym, codziennym tematem dla biurokratów, sprawą do zarządzania, a nie ekscytowania się? Dopiero później, tracąc kolejne kolonie, Francuzi uświadamiają sobie jak bardzo podniecająca może być Inność?"

 

 

Nowoczesność na pustyni 2

maxcegielski

in the desert of modernity 

Jak widać na zdjęciu powyżej (eksponowanym w Haus der Kulturen Der Welte na wystawie "In the desert of modernity. Colonial planing and after") żołnierz kolonialny jest też murarzem. Jak miał powiedzieć Hubert Lyautey, Resident General Maroka: Nowe miejsce budowy jest warte batalionu a ukończony budynek jest zwycięstwem. Budowanie na piaskach północnej Afryki było przejawem i symbolem dominacji. Modernistyczne proste kubiki służyły do kontroli skolonizowanych. Narracje kolonializmu-modernizmu były bardzo podobne do socrealistycznych.  W Polsce i w Maroku, dokładnie w tym samym okresie bohaterami byli murarze. Pojawiają się na francuskich kronikach sprzed 1956, kiedy kolonia wywalczyła niepodległość, a na głowach mają wciąż fezy, zakazane w Turcji w latach `20. Nie są jednak dzielnymi stachanowcami, ale wykonawcami woli architektów i generałów.

in the desert of modernity 

Podobne jak u nas były też uwikłania artystów w oficjalną propagandę. W 1953 roku Jean Vidal nakręcił inscenizowany dokument o cudzie unowocześniania Casablanki, pokazywane nawet w Cannes "Salut casa!". Bohater przechadza sie po portowym mieście, podziwia melanż tradycji i nowoczesności, osiągnięcia Francji, współistnienie cywilizacji, ale nie mówi słowa o tym, że dopiero w czasach kolonialnych rozdzielano osiedla Europejczyków, Żydów i Arabów. Kamera zapomina też pokazać krawo stłumiony strajk generalny, który dokładnie w trakcie kręcenia filmu miał miejsce. Obok kroniki i tego filmu na wystawie w Berlinie późniejsza kronika, wojsko walczy z buntownikami w slamsach.

in the desert of modernity

W tym samym 1953 roku A.M. Struder i J.Hentsch projektują "Moroccan habitat" na podstawie badań antropologicznych. Pomysł taki sam jak w Stambule IMC, o którym tu pisałem: stworzyć nowoczesną wersję tradycyjnej architketury. Tam kryty bazar, tu całą strukturę starówki arabskiej - casbah, przenieść w modernistyczną dzielnicę dla lokalnych pracowników francuskich władz. Te jednak nie akceptują pierwszej wersji projektu, bo jest zbyt wiele zaułków i zakamarków, których wojsko nie może kontrolować, walczyć w wypadku buntu. Po pewnych zmianach powstaje wersja, która powyżej na zdjęciu. Ale w materiałach video nakręconych na wystawę widać, że mieszkańcy i tak dostosowali wnętrza do swoich potrzeb, znowu podobnie jak w IMC, pewnie jak w każdej modernistycznej architekturze sztucznie implementowanej.

in the desert of modernity

Wkrótce jeszcze więcej o modernizmie na piaskach pustyni i co z tego wyniknęło w Europie, a także o "Tropics", innej wystawie berlińskiej, zderzającej prace współczesnych artystów z sztuką tradycyjną z tropików.

Pustynia nowoczesności/Nowoczesność na pustyni - notatki

maxcegielski

W Berlinie do 26 października ( a nie jak informowano wcześniej do początku listopada) trwa wystawa "In the desert of modernity. Colonial planning and after" w Haus der kulturen der welt. Jak widać wyżej na materiale Vernissagetv nie powala ona konceptem ekspozycyjnym. Dotyczy modernistycznej architektury kolonialnej w Maroku i północnej Afryce czyli terenami, którymi się nie zajmowałem do tej pory, ale temat jest ważny i ciekawy więc po 20 października relacja z wystawy. Teraz notatki z materiałów, które opisują jak eksperymenty architektów i planistów miejskich modernizmu dokonywane w północnej Afryce pozwalały opracować strategie wykorzystywane potem w samej Europie. Corbusier z "machine for living" nie przejmował się wogóle lokalną sytuacją. Kolejne pokolenie z okresu "Habitatu" szkicowało budynki i osiedla wspomagając się obszernymi badaniami antropologicznymi. Jednak zarówno dla jednych jak i drugich III swiat byl poligonem doświadczalnym, gdzie testowano pomysly przenoszone potem do Europy. W tej późniejszej fazie Afryka nie była juz "tabula rasa", na którą można było rzutować swoje utopijne wizje, ale tematem badań. One umożliwiły z kolei reformę "modernizmu" - wprowadzenie do nowoczesności wątków nie-nowoczesnych i w rezultacie pojawienie się post-modernizmu. Poniżej faza wczesna - architekci i generałowie zmieniają świat. ( z materiałów prasowych Haus der kulturen der welte)

"In the desert of modernity"

Bałkany, Europa, Azja

maxcegielski

Żyjemy w świecie stereotypów, niebezpiecznych mitów i fałszywych wyobrażeń. Nie wiemy nic nie tylko o dalekich obcych w Indiach czy Afryce. Nie wiemy zbyt wiele nawet o samych sobie, o swojej grupie etnicznej, o swoim kraju czy o kontynencie. Kiedy czytałem zbiór tekstów „Znikająca Europa” miałem wrażenie, że odkrywam zupełnie nowy kontynent. A przecież nie tylko w Unii Europejskiej, ale też przed jej powstaniem celebrowaliśmy przekonanie o wyższości Europy (czy szerzej cywilizacji zachodniej) nad resztą świata. Udowadnialiśmy jak Dawid. S. Landes w „Bogactwie i nędzy narodów”, że tylko tu mógł i dokonał się „cud”. Ale co to właściwie jest Europa?

Dla Gaussa w „Alfabecie” to szerokie pojęcie, obejmujące także „lud wędrowny” – cyganów, i (oczywiście – dziś powiedzielibyśmy) Bałkany. Bozidar Jezernik w książce „Dzika Europa” pisze, że Europa jeszcze w XIX wieku kończyła się tuż za Wiedniem, na Dunaju (dawnym limes rzymskim o ile pamięć mnie nie myli), który dla podróżników był już „Styksem”, granicą życia i śmierci. Bałkany jako zarażone „tureckim barbarzyństwem” były już egzotyczne. Wydawały się jednak jeszcze bardziej niebezpieczne, niż Indie, bo jednak podobne ( „bliski obcy” czy „obcy w nas”, obcość naszej (własnej) tożsamości – Jezernik przywołuje Julie Kristeve jak ja w tekście, który wkrótce w „Nigdy więcej” się ukaże) Autor zastanawia się jak to możliwe, że pomimo kolejnych relacji podróżniczych, książek mniej lub bardziej naukowych wciąż określano Bałkany „mianem najmniej znanego zakątka” kontynentu. Ja mam wrażenie, że to ten sam problem co z Indiami czy światem muzułmańskim. Produkujemy na zachodzie wiedzę, którą niewielu jest w stanie przyswoić, wiedzy kumulowanej ale nieprzyswajanej.

Dlatego mity i uprzedzenia są tak trwałe, dlatego Edward Said lata po ukazaniu się „Orientalizmu” ze smutkiem stwierdzał, że nic się nie zmieniło. „Zachód nigdy nie był przygotowany na to, by ujrzeć Bałkany takimi, jakimi są naprawdę. Zamiast tego zawsze poszukiwał cech, które były wyraziste, jednoznaczne i przede wszystkim niezmienne, a takie znaleźć było trudno” pisze Jezernik. To samo można powiedzieć o wszystkich innych zakątkach świata, dlatego Dawid Warszawski w Gazecie wpisał Jezernika w orientalizm, choć podobno to określenie się w tekście nie pojawia. Postrzeganie obcych kultur jako czegoś niezmiennego, stałego, jest nie tylko gestem politycznym, ułatwiającym dominację i udowadniającym wyższość zmieniającej się Europy. To znowu po prostu intelektualne uproszczenie, ułatwiające życie zwykłym ludziom. „Im więcej ukazywało się książek, pisanych z różnych perspektyw i stawiających sobie różne cele, tym bardziej obraz stawał się zamazany” pisze więc Jezernik. I konkluduje we wstępie książki, że Europy nie ma bez Bałkanów, jako punktu odniesienia. Bałkany są więc awangardą geograficzną „trzeciego świata”, dzikości, inności, barbarzyństwa. Nie ma bowiem „nas” bez „innych”, bez obcego, bez lustra, które musi być ostre aż do wykrzywienia żebyśmy się w nim jawili piękni i wspaniali. „Zachód jest tworem trzeciego świata” pisał któryś z postkolonialnych krytyków. W sensie dosłownym, bo sukces ekonomiczny zbudowała na wyzysku kolonii, w sensie metaforycznym bo myślenie na opozycjach jest konstruowane. Europy więc nigdy nie było i wciąż nie ma, jest za to jej przeciwieństwo: wschód, islam, Azja.

Postkolonializm w wersji soft

maxcegielski

Max: Czy klucz postkolonializmu jest wciąż użyteczny, czy poprzez niego można czytać twoją książkę?

Kiran Desai: To bardzo skomplikowane, z jednej strony nawet w samych Indiach jest chęć aby odrzucić to określenie, odrzucic te etykietke bo oznacza pułapkę i wstyd. Ale to się nam nie udaje, wspomnienie w nas tkwi w przeciwieństwie do tego co jest tu, na Zachodzie. Zostawiliscie za sobą ten etap, w Wielkiej Brytanii indyjski rozdzial historii jest już zapomniany. Ale, moi rodzice wyrośli w brytyjskich Indiach, to nie jest wcale tak dawno temu. Jest łączność emocjonalna miedzy epokami i widze miedzy nimi wiele wspolnego. Wspolczesna emigracja indyjska, są podobieństwa. Pewne rzeczy nie zmieniły się, balans władzy, to kto ją ma. Wciąż szuka sie jak najtańszej siły roboczej, tak jak dawnej. Nowe słownictwo globalizacji jest takie pociągające i piekne, kuszące. Ale rzeczywistosc jest zupelnie inna.

Max: Pisarze tacy jak ty, żyjący w globalnej wiosce, jej beneficjenci, są często oskarżani o to, że są tak naprawdę oderwani od indyjskiej i globalnej szarej rzeczywistości. Jak więc wyglądała praca nad amerykańskim wątkiem "Brzemienia rzeczy utraconych" ukazującym życie nielegalnych emigrantow? 

Kiran Desai: Nie ulega wątpliwości, że należę do klasy społecznej mieszkającej w bańce powietrza. Łatwo się przystosować do takiego stylu życia jak z reklamy kolorowej, być dzieckiem sukcesu i stanowić dowód na to, że globalny system sprawnie działa. Wiem o czym mowie bo pochodze z rodziny która od wielu pokoleń należy do wygrywającej klasy społecznej.Nalezy wiec sobie postawic pytanie czy ja jako pisarz jestem rozwiązaniem problemów nierówności ekonomicznych czy wrecz odwrotnie, jestem ich przyczyna. Aby mogla istniec klasa wygranych musi istniec klasa przegranych. Dziś postkolonializm sprowadza się do podziałów klasowych. Problem nie polega dziś na pochodzeniu etnicznym ani na  płci. W Indiach jest cała grupa kobiet takich jak ja, niezależnych i bogatych, które nie mają żadnych problemów. Wiemy, że wszędzie na świecie  jest wielka grupa wygranych, ludzi  odnoszących sukces.  Np.. nauczyciele akademiccy, pochodzący także  z krajów trzeciego świata czy Indii, którzy mówią o „ofiarach zachodu i kolonializmu” a sami odnoszą sukces klasowy. W szerszym  sensie zdradzają tych przegranych w procesie historycznym. 

POSTKOLONIALIZM - TAK I NIE

maxcegielski

Kiran Desai, tak jak można było wywnioskować z książki, nie traktuje problemu postkolonializmu lekko. Myślę, że Pankaj Mishra w NYT miał rację o tyle, że autorka widzi świat bardzo neo-marksistowsko. Feminizm-nie, Etnicznośc, religijnośc, kultura - nie. Podziały klasowe - to jest klucz do rzeczywistości, są przecież hindusi (tacy jak ona ) którzy odnieśli sukces i są "wyzyskiwaczami". W poprzek podziału etnicznego biegnie zawsze ten społeczny, powtarzała co chwila Desai na spotkaniu w Warszawie... cdn

i przy okazji (nie wprost) krtytykowala zachod, tlumaczac dlaczego nie pisze o tylko o usa

POSTKOLONIALIZM DALEJ...

maxcegielski
„O ile u Rushdiego czy Smith wielokulturowe spotkania poszerzały pole doświadczeń i wzbogacały osobowość, o tyle Desai rezygnuje z ich optymistycznej oceny, proponując odejście od dominującego wzorca. "Brzemię rzeczy utraconych" nie jest kolejną powieścią postkolonialną, a Desai - nową Smith...

Postkolonializm? - 5

maxcegielski
"Laureatka prestiżowej nagrody Bookera 2006 przyjedzie do Polski. Na zaproszenie Wydawnictwa Znak i British Council nasz kraj odwiedzi hinduska pisarka Kiran Desai, autorka powieści Brzemię rzeczy utraconych, za którą w zeszłym roku otrzymała – jako najmłodsza kobieta w historii – nagrodę Man Booker Prize. Program spotkań: W sobotę, 15 września o godz. 19.00 zapraszamy do Biblioteki Brytyjskiej w Szczecinie przy ul. Pułaskiego 10. O poszukiwaniu i zagubieniu tożsamości, o stereotypach współczesnej globalnej cywilizacji z Autorką rozmawiał będzie dziennikarz i publicysta Andrzej Skrendo. Spotkanie poprowadzi Artur Knypiński. W poniedziałek, 17 września, o godz. 19.00 zapraszamy do Księgarnio-kawiarni TARABUK w Warszawie przy ul. Browarnej. 6. W dyskusji z Kiran Desai na temat zderzenia kultur Wschodu i Zachodu oraz roli pisarza w świecie zmieniających się wartości wezmą udział Justyna Sobolewska i Max Cegielski. We wtorek, 18 września o godz. 19.00 w Bibliotece Brytyjskiej w Poznaniu przy ul. Ratajczaka 39 z Autorką rozmawiał będzie literaturoznawca i krytyk literacki Przemysław Czapliński. Spotkanie poprowadzi specjalizująca się w literaturze postkolonialnej filolog Dagmara Drewniak. Przed spotkaniem zapraszamy również do księgarni Bookarest, mieszczącej się w Starym Browarze, ul. Półwiejska 42, gdzie Kiran Desai będzie podpisywać swoją powieść o godz. 17.30." podaje wydawnictwo Znak a ja podaję parę kontekstów dla zainteresowanych

Postkolonializm? - 3

maxcegielski
Jak bardzo uprawnione jest ideologiczne (post?) postkolonialne interpretowanie "Brzemienia rzeczy utraconych" Kiran Desai? Zanim dowiem się od autorki rzut oka na to co piszą o ksiązce inni...

POSTKOLONIALIZM?

maxcegielski

 17 września w Warszawie w Tarabuku spotkanie z Kiran Desai, autorką "Inheritance of loss", które ukazuje się po polsku nakładem Znaku jako "Brzemię rzeczy utraconych". Będę miał przyjemnośc prowadzić warszawskie spotkanie, będzie też Justyna Sobolewska. Przy okazji będę w najbliższych dniach przypominał tutaj różne wywiady i teksty na temat hinduskich pisarzy piszących po angielsku. Na początek fragment wywiadu, którego udzielił TVP Kultura Salman Rushdie. O literaturze post-kolonialnej i o Kiran Desai.

         Salman Rushdie: W pewnym sensie moje książki oczywiście są „postkolonialne” ponieważ urodziłem się kiedy imperium brytyjskie w Indiach upadło. Więc w  tym sensie całe moje pisarstwo jest postkolonialne. To dotyczy przede wszystkim  wczesnych książek, bardziej niż tego co pisze teraz. Na przykład w „Dzieciach północy” i swoich pierwszycg powiesciach  pisałem o konsekwencjach bycia czescia imperium brytyjskiego. Pisalem jak to jest dorastać w generacji po upadku Radżu. Moje pokolenie było pierwszym, które było  wolne od kolonializmu, pierwszy raz po ponad dwustu latach. To oczywiście ważny czynnik w tym co ukształtowało moje pokolenie ponieważ przeszłość wciąż była teraźniejszością, wciąż żyła ,ponieważ imperium nie skończyło się z dniem kiedy Brytyjczycy opuscili Indie  W czasach mojego dzieciństwa wpływ brytyjski był wciąż bardzo silny więc zawsze kiedy piszę o tym okresie to tworze literature postkolonialną. We współczesnych Indiach wygląda to już zupelnie inaczej, teraz ludzie mają poczucie, że imperium brytyjskie to naprawdę bardzo odległa przeszłość, zapomniana. Kiedyś hindusi interesowali się Anglią, dziś Indie patrzą częściej w stronę Ameryki. W moich czasach ludzie chcieli posyłać dzieci do Oxfordu i Cambridge, dziś chcą je wysyłać do szkół w Ameryce. W tym sensie ten okres postkolonialny się zakończył.  

(Rushdie nie dostrzega, albo ja przesadzam, że stosunek do USA w Indiach jest też funkcją kolonializmu i post-kolonializmu. Dużo o tym u Kiran Desai )

        Salman Rushdie:  Literatura angielska przeżywa teraz w Indiach prawdziwy rozkwit. Lubie Vikrama Chandre, który wydał teraz nową książkę. Jest strasznie długa, ale bardzo dobra.  Lubie Vikrama Setha, Amitava Ghosha, Kiran Desai, jej matka, też pisarka Anita Desai jest moją dobrą przyjaciółką. To wspaniałe widzieć taki moment, kiedy indyjska literatura po angielsku jest tak bogata.

       Max: Czy to nowe, młode pokolenie jest inne niż Pana?

 Salman Rushdie: W moim pokoleniu historia i temat powstawania nowego państwa Indyjskiego był bardzo ważny. Dla młodszego pokolenia to nie jest takie ważne, piszą o kraju jaki znają. W pewnym sensie są mniej polityczni, mniej zainteresowani historią, można powiedzieć, że ich pisarstwo jest bardziej czyste, skupione na estetyce.

Kiran 

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci