Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

INNE KSIĄŻKI

Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata

maxcegielski

Więcej na stronach wydawnictwa Karakter

culture.pl "W liczącej 400 stron opowieści Cegielskiego jest rozmach i przestrzeń. Nie tylko ta środkowoazjatycka, ale przede wszystkim przestrzeń mentalna, pozwalająca rozbujać się myślom w niespodziewanych kierunkach."

Tygodnik Powszechny: "Max Cegielski wspiął się na wyżyny reportażu. Trudno mu będzie w przyszłości przeskoczyć samego siebie."

Wywiad w Polityce

Gazeta.pl: 50 książek do czytania w Święta

TVP2 "Wszystko o Kulturze"

 

"Wytępić całe to bydło" - od 16 wrzesnia w ksiegarniach

maxcegielski

Sven Lindquist „Exterminate all the brutes”, cytat z Josepha Conrada w polskim tytule książki brzmi “Wytępić całe to bydło”. Taką książkę sam chciałbym napisać – tak mógłbym wyrazić swoje emocje wobec pierwszej tłumaczonej na polski książki szwedzkiego pisarza. Szwed jedzie na Saharę z komputerem i dyskietkami żeby pisać o ludobójstwach dokonywanych w imię kolonializmu. Takie podróżowanie czaso przestrzenne może w pierwszej chwili wydać się nieco absurdalne, ponieważ Lindqvist właściwie niewiele pisze o miejscach które odwiedza. Skupia się na wiedzy, którą przywiózł w laptopie. Najmniej zwraca uwagi na ludzi, którzy mieszają w oazach na jego drodze. Opisuje pustynne pejzaże i własne emocje. Popada prawie w szaleństwo w gorącym piasku i pyle. Po co to wszystko? Żeby zrozumieć. Mottem książki nie są tylko powtarzane jak mantra słowa Kurtza z „Jądra ciemności” lecz także myśl, że Europejczycy nie rozumieją tego co wiedzą. A żeby zrozumieć najlepiej jest poczuć. Skoro wiele zbrodni popełnianych przez europejskich odkrywców  tłumaczono potem „szaleństwem z powodu afrykańskiego żaru” to może warto samemu znaleźć się na kontynencie żeby zrozumieć dlaczego mordowano jego mieszkańców? Dzięki temu książka to literatura podróżnicza, esej historyczny, moralitet i swoista pielgrzymka – medytacja w jednym.

 Sven Lindquist

Nie znaczy to bynajmniej, że Sven Lindqvist usprawiedliwia europejski imperializm. Wręcz przeciwnie, „Wytępić całe to bydło” jest mocnym, ciężkim oskarżeniem kultury starego świata. Wychodząc od analizy okoliczności powstania opowiadania „Placówka postępu” a potem „Jądra ciemności”  Lindqvist szuka przede wszystkim odpowiedzi na pytanie czy holocaust był wyjątkiem w historii? Czy nazistowski plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” to czysto germańska, chora idea. Z żelazną precyzją, w krótkich rozdziałach brzmiących jak paragrafy autor wykazuje, że nie byłoby holocaustu gdyby nie cała XIX wieczna ideologia kolonialna. Wielka Brytania i Francja a potem Niemcy i Włochy stworzyły podstawy rasizmu, teorii o wyższości jednych ras nad drugimi, która miała być naukowym dowodem na to, że silniejsze cywilizacje mają prawo zmiatać z powierzchni ziemi te słabsze, gdyż takie jest prawo natury. „Przestrzeń życiowa” której domagał się dla Niemców Hitler nie była niczym innym jak kolonializmem, tyle że realizowanym tuż za granicą państwa, a nie na obcym kontynencie. Odpowiednikiem wyrżniętych Tasmańczyków czy Sudańczyków Słowianie, Żydzi i Cyganie. Hitler nie robił nic nowego, powtarzał działania, które w imię cywilizacji i postępu prowadzono już wcześniej w Ameryce, Afryce, Australii. Za panowania królowej Wiktorii Brytyjczycy tworzyli rezerwaty dla „ludności tubylczej”, naziści przerobili je na „obozy koncentracyjne”. To wiemy, ale nie chcemy zrozumieć, bo to się nie opłaca, jak pisze Lindqvist. Po to musiał jechać z laptopem na pustynie, czytać XIX wieczne dzienniki i prace naukowe, po to wraca w koszmarach sennych do dzieciństwa. Żeby zrozumieć. I o to powinno chodzić każdemu dziennikarzowi – pisarzowi.

O tej książce a także o literaturze z Afryki, o książkach dotykających problemu rasizmu a wreszcie o "African Psycho" oraz "Kielonku" Alaina Mabanckou, który właśnie przyjeżdża do Polski - w Radiu Roxy, w poniedziałek od 10 do 13.

Problemy z "literaturą faktu" czyli jeszcze o spotkaniu w "Lokatorze"

maxcegielski

Nadal mam wrażenie, że krakowskie spotkanie tydzień temu było jednym z najciekawszych w jakich brałem udział. Czy ktoś z zaglądających tam był i potwierdzi lub wręcz odwrotnie, obali moje (dobre) mniemanie? Wielką przyjemnością było dyskutowanie z kolegą „po fachu” Mateuszem Marczewskim. Choć może trudno to nazwać dyskusją bo zgadzaliśmy się ze sobą. 

Cegielski Marczewski 

Żałuję, że nie dotarł w końcu Ignacy Karpowicz, bo z tego co rozumiem on bezpośrednio spiera się z mistrzem Kapuścińskim w swojej książce o Etiopii. W Polityce tak pisano o jego „Nowym kwiecie cesarza”: „Autor robi, co może: opowiada piękne bajki, chwali się licznymi trudnościami, jakie musiał pokonać, i błyszczy erudycją. Czasami wątpliwą, na przykład Arthur Rimbaud nie "dokonał życia" w Etiopii, zmarł trochę bardziej banalnie w Marsylii. Otrzymujemy też koktajl odwołań do wielkich poprzedników, pisarzy-podróżników: oczywiście z Kapuścińskim na czele. Tylko że autor "Cesarza" pojechał do Etiopii, by studiować poważne problemy polityczne świata, które jak w soczewce skupiły się w opowieściach byłych sług obalonego władcy. A jego opis kultu władzy i metod rządzenia mówił niejedno o Polsce późnego Gierka, która cierpiała na biurokratyczną ślepotę i brak rozeznania rzeczywistości. (…) Nawet jak się pojedzie w to samo miejsce, na to samo nie wychodzi. Ignacy Karpowicz pojechał, bo lubi. Bardzo to pięknie, bo opowieść o tym, jak się męczył, bo nie lubi, to byłby stanowczo zły pomysł. A tak jest barwnie i ciekawie. Tylko że celem wyprawy okazuje się utwierdzenie w przekonaniu, że wszelkie patriotyzmy i lokalne przywiązania nie mają sensu. Bo wszędzie jest tak samo! Pominąwszy oczywiście zabytki, historyczne osobliwości i języki. Te ostatnie – są trudne, a zabytki, jak zabytki, nawet ładne. Podróż młodego pisarza, choć daleka, okazuje się jeszcze jedną wersją przeżyć turysty, który powtarza sobie mantrę: „wakacje–odpoczynek–odmóżdżenie–debilizm– nirwana”. Taka recenzja powoduje, że muszę to dokładnie przeczytać, a nie przejrzeć próbną wersję, którą kiedyś dostałem od autora po tym jak prowadziłem z nim spotkanie o debiutanckim „Niehalo”. Warto wiedzieć co robią inni zmagający się z tak zwaną „literaturą faktu”, chociażby po to aby nie popełniać ich błędów. Rozumiem zarzut, że każda opowieść musi mieć szersze, drugie dno, być metaforą. A może wcale nie?

 

Na pewno wielopoziomowi i metaforyczni są „Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego. Podczas spotkania w „Lokatorze” dużo mówiliśmy o tym ile można znaleźć w Internecie, nawet o tych dalekich miejscach. Swoją drogą moja Ania wyjeżdżała właśnie na zdjęcia do Paryża i byłem zdumiony tym, że niektóre ulice są jako „street view” całe sfotografowane ( sfilmowane) na gogle.maps, można obejrzeć dokładnie, w kontekście i na tle dom czy knajpę. Dla filmowców robiących risercz to super, ale dla literatury to wyzwanie. Jedyny sens pisać bardzo osobiście,  tak, żeby czytając była pewność, że w necie tego nie ma. Mam wrażenie, że „Niewidzialni” spełniają ten postulat dużo bardziej niż moje pisanie. Mateusz nie naśladuje np. stylu Stasiuka, tylko wyciąga z niego lekcję. Takie podejście grozi jednak pewnymi mieliznami konstrukcyjnymi, trudnością w przyswojeniu stylu. W „Niewidzialnych” czasem brakowało mi takiego rozpisania na mocne sceny, Aborygeni są bardzo długo daleko, choć są bohaterami. Z drugiej strony rozumiem, że tacy, trudno uchwytni oni po prostu są. A cała historia kontaktów z nimi mówi więcej o Europejskiej cywilizacji niż wielka literatura ze starego kontynentu. Anyway zazdroszczę Mateuszowi, gratuluję i czekam na jego książkę o Polsce. Tym bardziej, ze jak mówiliśmy na spotkaniu, obydwaj chcemy teraz zabrać się za egzotyczną ojczyznę. I jeszcze raz dzięki dla Tomka Charnasa za zorganizowanie spotkania.

ps.  http://www.lokator.pointblue.com.pl/index.php?evnt=933&pag=1 - Tu więcej zdjęć i opinie, jak widzę poztywne.

maxcegielski

Dziś, Piątek 6 lutego, 22.20 i 3.20 w nocy, w TVP Kultura rozmowa o Ferdynandzie Goetlu i Ferdynandzie Ossendowskim. Z Maciejem Urbanowskim, który przygotowywał dzieła wybrane Goetla do druku oraz z Witoldem Michałowskim, biografem Ossendowskiego rozmawiam o podróżniczych wątkach w twórczości tych bestsellerowych przed wojną pisarzy. Zastanawiamy się co jest aktualnego, współczesnego w ich twórczości. W programie także materiały archiwalne, wiele zdjęć podróżniczych sprzed stu laty. Obydwaj goście zwracają uwagę na to, że pisarze, choć czuli się Polakami, Europejczykami, bacznie rozglądali się po świecie. Szczególnie Ossendowski miał bardzo negatywny stosunek do kolonializmu, wierzył w koncepcję „Azjopy” i szczególną rolę geo polityczną Azji Centralnej aż po Mongolię. Syberię uważał za drugą ojczyznę Polaków, tak wielu zginęło na dalekiej północy, ale też tak wielu zrobiło tam kariery, a nawet dorobiło się majątków.

Ossendowski

Jedna z książek Michałowskiego o Ossendowskim. Wkrótce więcej na ten temat.

HOPKIRK "OBCE DIABŁY NA JEDWABNYM SZLAKU" - POSTSCRIPTUM

maxcegielski

Podczas spotkania w Muzeum Azji i Pacyfiku tydzień temu otworzyłem problem zwracania zagrabionych dóbr kultury, poruszany przecież w książce „Obce diabły na jedwabnym szlaku”. Profesorzy – orientaliści, jako najbardziej zainteresowani w posiadaniu przez kraje Europejskie zbiorów sztuki buddyjskiej czy w ogóle azjatyckiej, w ogóle nie chcieli początkowo o tym mówić, choć jest o tym sporo w książce o której rozmawialiśmy. Dopiero moje zadane im wprost pytanie uruchomiło wątek. Profesor Marek Mejor, autor opracowania książki, przyznał, że jest to ważne zagadnienie. Mi nie chodziło mi bynajmniej o to, żeby na pewno oddawać skarby. Chciałem raczej postawić problem, sprowokować. Nie ulega wątpliwości, że ukradzione przez Svena Hedina, Aurela Steina i innych obiekty doczekały się analizy, opracowania. Poszerzona została wiedza, przeprowadzono badania. Rzeczywiście pozostawione na miejscu freski czy manuskrypty prawdopodobnie zostałyby zniszczone, przez ludzi, siły natury, czas. Może taka jest naturalna kolej rzeczy? Można jednak odnieść wrażenie, że odkopane z piasku pustyń zostały z kolei zakopane w naszych muzeach, bo tylko niewielka ich część jest udostępniana publicznośći, reszta leży bezpiecznie w magazynach. Peter Hopkirk w zakończeniu książki pisze, że kiedy Chińczycy zabronili wywożenia odkopanych obiektów, nikt już nie kwapił się do badań. „Nie można było przystać na takie warunki” Czyżby więc „odkrywcami” nie powodowała żądza wiedzy, lecz żądza posiadania? Czyżby chodziło im o łupy a nie o wiedzę? Pan Michał Łabenda przytaczał przykłady sztuki, obiektów, które zostały bezpowrotnie zniszczone w Azji, nawet w muzeach dawnych republik sowieckich, które stały się niepodległe. Zachód tworzy obowiązujący dyskurs także dlatego, że naukowcy mają wiedzę konserwatorską, muzealną. Nie przeczę. Ciekawe kiedy Chińczycy zaczną bardziej dobitnie domagać się zwrotu manuskryptów, fresków i innych? A ja czekam na tłumaczenia innych książek Hopkirka.     

"Obce diabły na jedwabnym szlaku" - piątek 18.00, Freta 5

maxcegielski

Z książkami Petera Hopkirka zetknąłem się pierwszy raz podczas podróży po północnym Pakistanie ( podobnie zresztą jak z Ferdynandem Ossendowskim, którego czytałem najpierw po angielsku ) Polecił mi je Simone Carmignani, nazywany przeze mnie „professore” bo większość pierwszych lektur i tropów badawczych na Wschodzie zawdzięczam jemu właśnie. I dlatego pojawia się jako bohater zarówno w „Masali” jak i „Pijanych Bogiem”. Uwaga może zbyt osobista: gdyby nie Simone, nie byłoby mnie w sensie dziennikarskim – Azjatyckim.

Zaczytywanie się książkami brytyjskiego dziennikarza, podróżnika Hopkirka o „Great game” w XIX i XX wieku, będąc w Gilgit, Chitral, czy dolinach dochodzących do granicy afgańskiej i chińskiej polega oczywiście trochę na tęsknocie za innymi czasami, kiedy nie było „guesthousów”, autobusów, biur podróży i całej infrastruktury. Tęsknota za okresem pionierskim, romantycznym, ale też okresem kiedy podróże były jeszcze mniej niewinne niż dziś. Każda podróż była wtedy „polityczna”, nie tylko w tym sensie, że Hopkirk pisze głównie o szpiegach. Naukowcy też byli wtedy szpiegami, podobnie jak ornitolodzy, etnografowie, geologowie. Wiedza o Azji była polityczna nie w dosyć jednak ogólnym sensie „orientalizmu” Edwarda Saida, ale konkretnie, wymiernie, namacalnie. Wiedza dowolnego rodzaju była potrzebna aby sprawować władzę, aby kolonizować, podbijać – przeprowadzać wojska przez przełęcze, blokować ewentualną, nigdy nie skonkretyzowaną inwazję rosyjską na Indie brytyjskie. Wiedza = władza. Hopkirk nie jest naukowcem, nie „dekonstruuje” nie analizuje krytycznie historii, ale fakty, które rekapituluje mówią same za siebie. Z jednej więc strony czytałem go marząc o przeszłości, ale z drugiej ciesząc się, że nie biorę udziału w „Wielkiej grze” i wyścigu. Warto zresztą wspomnieć, że w Gilgit można było kupić pirackie pakistańskie wydanie książki Johna Keay „Gilgit game”, lokalnego suplementu do Hopkirka.

 

Wydane teraz po polsku „Obce diabły na jedwabnym szlaku” to pierwsza z książek Anglika. Może nie najlepsza w sensie formalnym, autor wyrabia swój styl. W dużej mierze streszcza książki wydane i napisane przez swoich bohaterów: Aurela Steina, Svena Hedina. Tego ostatniego „Przez Azyje” wyszło nawet w Polsce w latach 20. Szwedzki naukowiec-podróżnik jest ważny w naszym kontekście także z innych powodów. Był głównym krytykiem podróżniczo-awanturniczo-ezoterycznego „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów” Ossendowskiego. Pisze o tym sporo Witold Michałowski w swoich książkach o polskim autorze bestsellerów. To w ogóle odzielny wątek o którym wkrótce, bo zajmuję się Ossendowskim od dawna, ale tu jeszcze nie pisałem. Poza tym Sven Hedin sympatyzował z Nazistami i wielbili go młodzi podróżnicy III rzeszy, którzy szukali w Tybecie śladów pierwszych ludzi ( aryjczyków oczywiście ) – to też odzielny wątek. W każdym razie wiedza nie jest niewinna.

O „Obcych diabłach” ze swojej perspektywy będę opowiadał więcej na spotkaniu w Galerii Azjatyckiej, Freta 5 w piątek od 18.00. Będą w nim uczestniczyć:  Wojciech Jagielski, Michał Łabenda, profesor Marek Mejor oraz profesor Andrzej Kowalczyk i ja. Zapraszam!   

 A tutaj ciąg dalszy, co się działo na spotkaniu:

http://maxmasala.blox.pl/2009/02/HOPKIRK-OBCE-DIABLY-NA-JEDWABNYM-SZLAKU.html

 

 

 

Angielska pielgrzymka W.G Sebalda

maxcegielski

Właściwie po tym co napisano tu: http://wyborcza.pl/1,75475,6124035,Pierscienie_bez_Nibelungow.html?nltxx=1721533&nltdt=2009-01-06-03-16 jakiekolwiek blogowe, a więc pośpieszne notatki o wydanej niedawno książce W.G. Sebalda nie mają sensu. Recenzja Juliusza Kurkiewicza jest równie piękna i głęboka co sama powieść. Do takiej kategorii zakwalifikował tekst wydawca, ale jak napisał mi ostatnio redaktor mojego „Miasta Miast” Andrzej Masse, współczesna literatura coraz częściej jest podróżą. Co to bowiem znaczy „dziennik podróży”, można zapytać w kontekście „Pierścieni Saturna”? Zewnętrznie, konstrukcyjnie, ta książka jest oparta na opisie wędrówki, po wschodnim wybrzeżu Anglii. O opuszczonych przez kapitał i historię miejscach, dawnych wielkich portach i kąpieliskach można pisać reportersko-eseistycznie, jak było widać w jednym z fragmentów „Znikającej Europy”, o której pisałem

http://maxmasala.blox/2007/08/Znikajaca-Europa.html. Można też, jak Sebald, potraktować przestrzeń jako pretekst do podrózy w czasie.

 

Sebald

 

Dzięki temu autorowi uzmysłowiłem sobie ostro i wyraźnie, dlaczego jak Claude Levi Strauss nie znoszę „podróży i podróżników” w klasycznym sensie tych określeń. Notabene narrator „Pierścieni” w pewnym momencie czyta „Smutek Tropików” Nie bez powodu, bo jak pokazuje świetnie Kurkiewicz, w tym tekście chyba nic nie jest przypadkowe. Podróżnicy podczas podróży skupiają się na tym co widzą, nie pozwalając swojemu umysłowi tkać skojarzeń, jak tkacze tkają materiał ( jedwab jest jednym z bohaterów Sebalda ). Podróż dla mnie ma służyć wyzwoleniu umysłu, umożliwieniu mu spotkań. Niemiecki pisarz z Anglii okazuje się lepszym reporterem od zawodowców. Uruchamia cały bagaż erudycji, cytatów. Dokonuje recyklingu, przywołując ciągle życie i twórczość innych autorów. Jest archiwistą, oczywiście nieobiektywnym, bo przy nadmiarze przeszłości trzeba być subiektywnym. Archiwa, które chcą objąć wszystko nie mają przecież sensu, chodzi zawsze o dokonanie wyboru, autorskiej selekcji. Ale pochłonięty własną melancholią, dla której znajduje ciągle odpowiednich poprzedników, widząc upadek wszędzie, ciągle rozmawia i poznaje ludzi. W „Pierścieniach Saturna” Sebald pewnym sensie wpisuje się w tradycję trwającą co najmniej od XVIII wieku. Paweł Hertz, w posłowiu do książki Lamartine. Podróż na wschód ( w tej samej serii wydano Chateaubrianda „Opis podróży z Paryża do Jerozolimy”, wspominaną przez Sebalda ) przypomina za Krasińskim, że „wolno nam Don Juana nie cierpieć, ale do Grecji musimy popłynąć z Byronem”. Podróż „odbywała się równolegle po zwiedzanych obszarach i w duszy oraz umyśle podróżnika”. W wypadku Orientu, który służył Europejczykom do projekcji własnego ja, własnych wyobrażeń Wschodzie, miało to poważne reperkusje polityczne. O tym tez dużo będzie w „Mieście Miast. Od Konstantynopola do Stambułu”. „Jechać do Grecji z angielskim poetą oznacza poznawanie Grecji poprzez medytację i refleksję Byrona, to jest ważniejsze od przygód. Z Turcją i Stambułem jest podobnie. Autor książki podróżniczej przestaje być „buchalterem zabytków i opisywaczem krajobrazów” – w tym zastępują go przewodniki Baedekera.” – piszę. Współcześni podróżnicy na swoich portalach internetowych zdają się nie rozumieć tego, że powtarzają tekst przewodnika. W wypadku Sebalda, krajobraz jest tylko pretekstem do odkrywania siebie i historii i taka konwencja podwójnego co najmniej poznawania daje świetną książkę.   

Raja Shehadeh „Palestinian walks. Notes on a vanishing landscape"

maxcegielski
Raja ShehadehAutor od razu we wstępie wpisuje swoje prywatne spacery w historię europejskiego stosunku do wzgórz Palestyny. To przecież jeden z najczęściej odwiedzanych przez podróżników - pielgrzymów rejonów świata, to także kolebka współczesnej turystyki. Opisy Palestyny nigdy nie mogły być i wciąż nie mogą być obiektywne, to od wieków projekcje  poglądów politycznych i religijnych zwiedzających. Każda opinia o regionie jest przefiltrowana przez Stary lub/i Nowy Testament. Krzyżowcy, księża, romantyczni poeci, żarliwi pielgrzymi i syjoniści czy powracający do Izraela żydzi z Rosji czy Ameryki - łączy ich wspólna pogarda dla arabskich mieszkańców regionu. Przybysze nigdy nie widzą palestyńskich rolników uprawiających swe gaje oliwne, dostrzegają tylko pejzaż pełen symboli, zatopiony w formalinie historii ich religii. Raja Shehadeh jest natomiast mieszkańcem tych wzgórz, wykształconym miejskim prawnikiem, pamiętającym swoją rodzinę pracującą na roli w okolicach Ramallah.

Konflikt Izraelsko-Palestyński w „Palestinian Walks" okazuje się częścią wiekowego uznawania regionu za ziemię obiecaną. W tej książce nie ma sporu o to, kto zaczął, czy Izrael ma prawo budować Mur (oddzielający nowe osiedla żydowskie od muzułmańskich ) dla bezpieczeństwa, czy też nie. Nie ma tu zamachowców i niepotrzebnych cywilnych ofiar po obydwu stronach. W narracji Shahedah spór wreszcie wraca  do swojego sedna, do problemu własności ziemi. Analizowanego nie w oparciu o religijne symbole tylko poprzez rejestry prawne i hipoteki. Straszny smutek tej książki wynika nie z ilości trupów, tylko z podglądania przez czytelnika izraelskich sądów, które stają się kafkowskim upiorem. Dreszcze przechodzą przy lekturze nie z powodu krwi tylko przy czytaniu opisów absurdalnych wybiegów sędziów izraelskich, które z prawa własności czynią farsę.  

 Osadnicy żydowscy betonują wzgórza, zakładają osiedla tak aby nie dostrzegać mieszkających w dolinach Palestyńczyków. Zabierają ziemię, zgodnie z prawem Izraela, która należy do kogoś innego, także do chrześcijańskich kupców (jak w rozdziale „Albina`s case" ) Wbrew temu co zwykło się sądzić, nie są to zawsze fanatyczni żydowscy ortodoksi. Wiele z nowych osiedli na Zachodnim Brzegu jest zamieszkiwanych przez świecką klasę średnią z wybrzeża. Od palestyńskich wiosek rodziny techników, biznesmenów czy programistów odgradzają wysokie mury. Wzgórza przecinają nowe autostrady, które mają im umożliwić szybki dojazd do pracy. Z dróg nie wolno korzystać miejscowym rolnikom. Pasy szybkiego ruchu tak jak mury i płoty często odzielają ich od rodzinnych pól czy gai oliwnych. Kolonizacja odbywa się nie tylko w imię religii, także pod pretekstem modernizacji i nowoczesności. Okupacja ma także wymiar ekologiczny, znika krajobraz naturalny, zabudowywany przez betonowe izraelskie osiedla, dziwolągi znane nam z artystycznych zdjęć Efrat Shivily. Znika więc też ten pejzaż biblijny, który przyciągał osadników i pielgrzymów. Ekologia powinna połączyć żydów, chrześcijan i muzułmanów. Wygrywa jednak religia i zwykła chęć zysku.

Raja Shehadeh

Książka to 6 sarhat, spacerów, pierwszy autor odbywa w 1978. Sarha to nawet więcej niż spacer, to wędrówka bez ustalonego celu, to naturalny haj człowieka w drodze. Pierwszy sarhat poraża czytelnika opisem przyrody wokół Ramallah, gdzie mieszka prawnik. Od razu widać co wyróżnia narrację Raja Shahedeh spośród innych książek o regionie: pisanie o Palestynie jako pięknym miejscu. Czytając o intifiadah, Hamasie i Fatahu nie wiemy przecież  jakie rodzaje kwiatów rosną w maju na wzgorzach. Autor uzmysławia nam od razu, że wbrew opiniom europejskich pielgrzymów w Palestynie było zawsze zielono, szczególnie przy okresowych jeziorkach i strumieniach wciąż można napotkać wspaniałą przyrodę i oczywiście gaje oliwne. Sadzone na przemyślnie budowanych tarasach, przy pomocy których podporządkowywano wzgórza ludziom. Autor wszędzie spotyka ślady dawnego, wiejskiego życia, zbiorniki wodne, letnie siedziby rolników. Puste. Przy okazji swoich spacerów narrator, wzięty prawnik i aktywista społeczny tłumaczy niuanse przepisów, które regulują życie żydów i Palestyńczyków i własności ziemi. Opowiada historie swojej rodziny, które odzwierciedlają losy całego narodu. Dowiadujemy się dlaczego uprawy winogron zniknęły ze wzgórz z powodu choroby roślin. Pierwsza sarha jest właściwie mini opowiadaniem, narracją nie dziennikarską tylko prawie fabularną. Losy wuja bohatera, jego spokojne życie na wzgórzach zderzone z Izraelskim osadnictwem z murem odzielającym mieszkańców Ramallah od ich pól i ogrodów dookoła.

Kolejne sarhy to ciągłe przeskoki od opisu przyrody, geologii do spraw sądowych, którymi zajmuje się autor. Ta książka pewnie bardziej spodoba się orędownikom sprawy palestyńskiej niż izraelskiej, ale moim zdaniem jest obiektywna. Właśnie dzięki przeniesieniu całego konfliktu z dyskursu ofiar, zamachów i walk na pierwotną jego płaszczyznę - konfliktu o ziemię. Shahedeh jak dobry prawnik usiłuje odpowiedzieć na pytanie: czyja jest ziemia. Patrząc w księgi wieczyste a nie w Biblię czy Torę. A władzom palestyńskim obrywa się tu niewiele rzadziej niż izraelskim. „Palestinian walks" to doskonała pozycja pozwalająca zupełnie inaczej spojrzeć na sytuację na Bliskim Wschodzie.

ps. Tutaj 2 różne okładki tej samej książki, 1 wpisuje ją w tradycję historyczną, 2 w aktualność. Obdywa elementy są obecne w tekście

Jared Cohen „Children of jihad. A Young American's Travels among the Youth of the Middle East"

maxcegielski

           Tytuł niestety nie zachęca mnie do czytania, sugeruje od razu ton sensacyjny, z niskiej, aczkolwiek masowo się sprzedającej, półki. Jego sens jest taki, że oprócz pokolenia dżihadu w świecie muzułmańskim - terrorystów, morderców, religijnych barbarzyńców; są też ich następcy, ich dzieci. Książka ma być o tym jak bardzo inne jest to następne pokolenie, co jasno widać już w prologu. Prolog jest niestety kwintesencją całości: młody amerykański żyd, nie zastanawiając się krytycznie jak  pochodzenie wpływa na jego wizję świata, ogląda bliski wschód i Iran. I jest zaskoczony, za co mu chwała. Ze zdziwieniem bowiem konstatuje, że nie świat nie wygląda tak jak twierdzi prezydent Ameryki. W USA odkrycia Jareda mogą szokować, w Europie, gdzie statystycznie więcej jest krytyki wobec polityki zachodu na wschodzie, jego odkrycia wydają się naiwne. W Libańskich Fast foodach chłopak poznaje młodych członków i sympatyków Hezbollahu. Czytelnik amerykański jest zapewne pod wrażeniem informacji, że oni też jadają pikantne skrzydełka w KFC. Dla mnie i zapewne dla wielu odbiorców w Polsce, dla nabywców np. serii „terra incognito" nie jest to żadna rewelacja (ale może przesadzam) Jared Cohen zdaje się mówić: taka jest potęga naszego amerykańskiego stylu życia. W całej książce brak jednak jakiejkolwiek refleksji nad tym, dlaczego tak się dzieje: dlaczego młodzi muzułmanie lubią zarówno RAP jak i „muzykę arabską", dlaczego raz jedzą kebab a raz popcorn. Wadą „Children of jihad" jest dla mnie brak pytań: dlaczego, po co? Autor poprzestaje zazwyczaj na pytaniu: co? Poprzestaje na opisie, nie wnika w powody, w mechanizmy które powodują, że świat pogrążony jest w konflikcie.

            Naiwność i brak doświadczenia Jareda widać szczególnie mocno w pierwszych, irańskich rozdziałach. Podstawowa travelerska wiedza, dostępna na przykład na forum internetowym „Lonely planet" przygotowała by go na Iran. Agenci, podsłuchy, kontrola. Nie jest żadną tajemnicą, że do państwa z osi zła wjeżdża się przy pomocy wizy turystycznej, którą można potem przedłużać całe tygodnie. Tak podróżują aktywiści, dziennikarze, wszyscy ci, którzy chcą przeprowadzać wywiady z opozycją i naprawdę dowiedzieć się czegoś o kraju. O Iranie napisano po angielsku dziesiątki książek, dostępnych w USA. Jared nic nie wnosi do znanego obrazu państwa. Jego brak doświadczenia nie jest niestety atutem, dlatego że narrator obciążony jest uprzedzeniami. Ze świeżośći spojrzenia nie może wtedy wyniknąć nic dobrego, tym bardziej, ze Jaredowi nie przychodzi nawet do głowy, że może się mylić w swoich ocenach. Nie jest krytyczny wobec samego siebie, nie ma dystansu, nie ma więc szansy zauważyć, jak przesiąknięty jest propagandą amerykańską i przekonaniami żydów z Ameryki, którzy jak wiadomo są często bardziej radykalni od tych w Izraelu.

"Children of jihad"

            W kolejnych rozdziałach wracamy do Libanu. Sensacyjne, daleko idące wnioski przykuwają uwagę: młodzież ze zwaśnionych frakcji religijno-etnicznych uprawia ze sobą seks. Kochając się z wrogiem mają pewność, że nikt się o tym nie dowie. Świetnie, ale nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie Jared Cohen buduje tę teorię. W „Children of jihad" bohaterowie pojawiają się i znikają. Już mam wrażenie, że poznam do końca jakiegoś młodego Libańczyka, już wiem jaką ma fryzurę, ale bohater nagle znika. Pojawia się następny, nie mam do kogo się przywiązać, nic oprócz głosu autora nie prowadzi mnie przez ten świat. Bohaterowie prawie nic nie mówią, autor natychmiast odbiera im głos aby przedstawić, w długich, akademickich rozważaniach, swoje tezy. Zaczynam więc podejrzewać, że sam to wszystko wymyśla, albo nie potrafi jeszcze pisać. Nie potrafi przynajmniej udawać, przekonać mnie, że przedstawia opinie swych rozmówców. Oni z kolei opisani są dokładnie, ale znowu bez refleksyjnie. Co z tego, że X Y Z ma kręcone włosy albo koszulkę klubu koszykarskiego, skoro nie wiem kim są jego rodzice, z czego żyje, kim chce być. Kompletny brak tła społecznego, Huntingtonowskie zafascynowanie kulturową różnicą nie jest uzupełnione żadną inną płaszczyzną analizy. Autor napomyka krótko, że młodzież z którą się bawi na dyskotekach Bejrutu, jest młodsza od niego. Dopiero dokładna analiza tekstu daje wiedzę, że to 16-18 latkowie. Są więc częścią globalnej kultury nastolatków, ale ani słowa o tym w książce. Ja też znam nastolatków z Turcji, Iranu czy Pakistanu. Rzeczywiście w swoich postawach i marzeniach nie różnią się niczym od polskich czy amerykańskich, warto jednak postawić sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje?

            Po spotkaniu z członkami Hezbollahu w KFC jedyny wniosek Jareda Cohena, jest taki, ze łatwo im wtopić się w społeczeństwo amerykańskie. Trudno jest wykryć ich uśpionych agentów w USA - konstatuje przerażony. Nawet przez chwilę nie zastanawia się co jest właściwie powodem zamachów terrorystycznych. Jednym zdaniem załatwia przyczyny społeczne popularności Hezbollahu: budowanie szpitali, karmienie ludzi, zastępowanie niewydolnego państwa. Zdanie bohatera: „Nienawidzę USA" przyprawia Jareda Cohena o ciarki. Zamiast zmusić go do zastanowienia się, dlaczego tak wiele osób w Azji to mówi.

            Ciekawość pcha autora do palestyńskich obozów dla uchodźców w Libanie. Zazdroszcze i jestem pełen podziwu dla jego odwagi. Dociera tam gdzie trzeba, rozmowy ze „zwykłymi ludźmi" uzupełnia wywiadem z bojownikiem palestyńskim poszukiwanym listami gończymi przez Izrael i USA. Tutaj jednak jego naiwność przestaje być zabawna a staje się niebezpieczna. Z godzinnej rozmowy zostaje na papierze jedno zdanie, gdzie dowódca tłumaczy powody dla których jego ludzie stosują zamachy samobójcze w walce z Izraelem. Co na to nasz autor: pisze, że odpowiedzi dowódcy są głupie i niemoralne. Koniec kropka. Odkładam „Children of jihad" - nie mogę już dłużej czytać. Świetnie, że młody amerykański żyd chce zobaczyć na własne oczy świat z którym walczy prezydent Bush. Szkoda, że nie potrafi nawet dokładnie zanalizować tego co widzi i słyszy. A w dodatku łatwo ocenia i krytykuje, nie próbując ani razu zadać samemu sobie i innym pytania: dlaczego?

            Amerykańska popularność tej książki, zapraszanie Jareda Cohena na konferencje i na uniwersytety, pokazują chyba niestety jaka przepaść zieje między publicznością za Atlantykiem i w Europie. Ale może to ja już zbyt wiele wiem o świecie opisywanym przez Cohena? Jeśli tak to jedyny zarzut jaki mógłbym postawić jest warsztatowy. A to już wystarczy.

 

Naomi Klein - rozmowa w TVP KULTURA

maxcegielski

W piątek 5 grudnia w TVP KULTURA o 21.50 rozmowa, którą przeprowadziłem z Naomi Klein, podczas jej ostatniej wizyty w Polsce, o książce "Doktryna szoku" i nie tylko. Powtórki w nocy z piątku na sobote 2.30, i poniedziałek rano 7.30. Poniżej fragment, w tłumaczeniu Joanny Turowicz, współautorką programu jest też Anna Zakrzewska. Wywiad odbył się dzięki http://www.monde-diplomatique.pl/. Będzie dużo o Polsce i oczywiście o ostatniej książce.

Max: Dla mnie najważniejsze jest to czy jesteś „dziennikarką śledczą” czy  też przedstawiasz w tekstach swoje opinie? Od tego zależy czego mamy oczekiwać od twoich książek i artykułów, więc które określenie wolisz? 

Naomi KleinRaczej trudno mnie zaszufladkować. „Doktryna szoku” nie prezentuje moich opinii lecz fakty. Treść książki opiera się na materiałach zgromadzonych podczas czterech lat badań. Miałam naprawdę dużo szczęścia – czas i odpowiedni budżet, aby odbyć podróże do Iraku, na Sri Lankę, do Nowego Orleanu, do Republiki Południowej Afryki. Pracowałam z siedmioma researcherami, którzy pomogli mi na różnych etapach powstawania książki oraz z czterema prawnikami, chroniącymi mnie przed potencjalnymi procesami sądowymi. „Doktryna szoku” zawiera prawie sto stron samych przypisów potwierdzających fakty. To nie jest oczywiście tylko rejestracja wydarzeń, piszę bowiem polemikę na podstawie zebranych faktów. Sądzę, że powstał rodzaj hybrydy. Może to forma „śledczego dziennikarstwa opinii”, sama nie wiem. To na pewno nie jest coś, co sama sobie wymyśliłam.Tezy tej książki zmieniały się bardzo radykalnie w trakcie badań. Początkowa koncepcja różniła się całkowicie od tego co napisałam.  

(....)

Max: A co z Barackiem Obamą? Popierałaś jego kandydaturę w jakiś sposób. Pytanie, co teraz zrobi Barack Obama jako prezydent. Czy nastąpią te oczekiwane zmiany? 

Naomi Klein: Też się nad tym zastanawiałam i powiem to że historia jest najlepszym nauczycielem. I dzięki temu ludzie mogą rozpoznawać pewne procesy, pewne wzorce. Mówiłam o latach trzydziestych i czterdziestych, lata trzydzieste w pewnym sensie wróciły. Jest w USA jest pewien postęp, lecz cały czas mamy do czynienia z kulturą amnezji, kulturą bohatera. Większości ludzi wydaje się, że cały program Nowego Ładu Roosvelta został zrealizowany, bo to Roosvelt był takim wspaniałym bohaterem. I dlatego dał ludziom emerytury, mieszkania kwaterunkowe, rozbił system bankowy i tak dalej. Ale są historycy jak Howard Zinn, który napisał alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, opowiadającą prawdziwą historię Nowego Ładu. Także Francis Fox Piven i jego  książka „Społeczne ruchy biednych”. To oni opisują prawdziwą historię Nowego Ładu – rząd Roosvelta był pod olbrzymią presją oddolną. Trwały strajki generalne, ludzie byli eksmitowani z domów, a sąsiedzi zabierali wyrzucone meble i wstawiali je z powrotem, własnym ciałem chronili się przed eksmisją i w ten sposób wywalczono większe prawa społeczne.Mnie fascynuje ta historia, to historia mojej matki, dziadka, babci. I uważam, że Barack Obama będzie tylko tak dobry, jak dobra będzie oddolna presja, pod którą postawi go społeczeństwo. Bo on sam jest pod presją z góry. Barack Obama jest wspaniałym negocjatorem. Jest bardzo centrowy. I dlatego nawołuję do tego, żeby poruszyć to centrum, żeby miał z kim negocjować. I tak właśnie postępował Roosvelt, kiedy np. przychodzono do niego z propozycjami bardzo postępowymi ustawy o prawach pracowniczych, odpowiadał – no  to idźcie teraz na ulice i zmuście mnie , bo nie będę mógł przeprowadzić tych reform sam.

"Nepal - od królestwa do republiki"

maxcegielski

Taki tytuł nosi pięknie zaprojektowany album wydany przez Instytut Badań nad Cywilizacjami rzeszowskiej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania. Zdjęcia i teksty autorstwa Anny Siewierskiej-Chmaj i profesora Piotra Kłodkowskiego, autora między innymi "O pęknięciu wewnątrz cywilizacji", jednej z najciekawszych polemik z wizją świata Huntingtona. Sama szkoła w Rzeszowie jest ciekawym miejscem, ponieważ studiują tam tłumy obcokrajowców, także Irańczyków i Hindusów, tworząc swoiste okresowe diaspory na południu Polski. Dobrze, że szkoła "technologiczna" utrzymuje swój instutytut, którego gościem miałem kiedyś przyjemność być. Obserwowałem wtedy z zaciekawieniem, jak dzięki "wieczorkowi indyjskiemu" i kinie z Bollywood rośnie morale i duma z tożsamości grupy młodych studentów z Indii. Album "Nepal" ma być początkiem serii "metamorfozy orientu" wydawanej w Rzeszowie i już taki tytuł mi odpowiada, Azja zmieniająca się, płynna, ciągle inna, a nie stary kolonialno-orientalistyczny fantazmat, wieczność i religia.

nepal kłodkowski Album otwierają właśnie zdjęcia "współczesności", jak piszą autorzy obrazki takie, których turyści nie chcą mieć w aparacie. Młodzież w dzinsach nie jest przecież tak pięknie skansenowa, jak mnisi buddyjscy czy indyjscy sadhu. Zgadzam sie całkowicie z rozważaniami: dlaczego zachód chce nowoczesności tylko dla siebie, odbierając do niej prawo innym kulturom? Jest tu też sporo o problemie turystycznych, podróżniczych oczekiwań. Najbardziej aktualne są oczywiście zdjęcia i teksty o rewolucji, która w sumie po cichu dokonała się w Nepalu. Monarchia zamieniła się w republikę, władzę przejęli komuniści. I co? I właściwie nic, maoiści stają się coraz bardziej pragmatyczni.

"Naszym zamiarem było pokazanie zmierzchu dawnej mitologii polityczno - religijnej Nepalu i narodziny nowej mitologii rewolucyjnej. Pragnęliśmy pokazać również jak owa dziejąca się historia niewiele albo nic zgoła nie zmienia w codziennych obyczajach bardzo tradycyjnego społeczeństwa. Słowem: pełzająca rewolucja, która nabiera konserwatywnych cech. Albo konserwatywne społeczeństwo, które zaczyna się rewolucjonizować.
A wszystko to przy wszechobecnych dźwiękach hinduistycznych modlitw i buddyjskich mantr..." -
piszą autorzy. Mnie ostatnio bardziej interesują zmiany na wschodzie, niż modlitwy i mantry, i tych jest dla mnie w albumie odrobinę za dużo, ale to już moje prywatne wymagania. Na pewno jest co czytać i oglądać, ponieważ rzadko się zdarza, żeby albumy z tak malowniczymi zdjęciami miały tak mądre teksty i były tak świetnie opracowane edytorsko-projektowo. No i te fotografie sierpów i młotów na tle starożytnych świątyń...

Demokracja i kapitalizm peryferii

maxcegielski
Korporacja Ha!art oraz Klubokawiarnia Chłodna 25 zapraszają: Demokracja i kapitalizm peryferii Spotkanie z Jankiem Sową poświęcone jego najnowszej książce "Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna". Z autorem rozmawiać będą Julian Kutyła i Przemysław Wielgosz. Spotkanie poprowadzi Max Cegielski. 19 czerwca 2008 (czwartek), godz. 18.30 Klubokawiarnia Chłodna 25 (róg Żelaznej), Warszawa. Wstęp wolny - SERDECZNIE ZAPRASZAMY!

Cegielski równie kiczowaty co Coehlo, Dan Brown i inni

maxcegielski
"Miły i inteligentny ten chłopak, dziennikarz w telewizji Kultura, jest tak doskonale pozbawiony nie tyle już talentu literackiego, co elementarnej umiejętności zajmującego pisania, że czytanie jego tekstów przypomina poprawianie wypracowań szkolnych, i to niekoniecznie z liceum." - pisze M. Miecznicka w Dzienniku...

KARL-MARKUS GAUS W WARSZAWIE

maxcegielski

Gauss Gauss

W poniedziałek 21 kwietnia zapraszam na godzinę 18.00 do Austriackiego Forum Kultury, Próżna 8 na spotkanie z K.M Gausem, które będę miał przyjemność prowadzić. Gausa poznałem podczas wywiadu w Radiu Jazz, kiedy rozmawialiśmy o jego książce "Psożercy ze Svinii". Tak jak wszystkie inne jego polskie tłumaczenia wydało je Wydawnictwo Czarne. W poniedziałek będziemy rozmawiać przede wszystkim o "Niemcach na peryferiach Europy" i o "Europejskim alfabecie". W wymianie emaili z autorem planowaliśmy scenariusz tego spotkania, zastanawiałem się czy cechą wspólną wszystkich książek Gausa nie jest niezgoda na nacjonalizm, czy też ciągłe zadziwienie tym fenomenem społecznym, historycznym. On ujął to inaczej, stawiając pytanie, dlaczego pisze o mniejszościach etnicznych i odpowiedział, że interesują go zawsze przegrani. Historia zwycięzców jest dla niego po prostu nudna. Ja mam wrażenie, że "Niemcy na peryferiach" uświadamiają nam, przypominają, że wielu Niemców spoza Niemiec: w Prusach wschodnich, na wybrzeżu Morza Czarnego, w Spiszu było i jest wielkimi przegranymi II wojny światowej. Większość smutnych, zagubionych ludzi spotykanych przez Gausa w podróży, to ofiary przesiedleń i przymusowych migracji. Ludzie, którzy najpierw opuścili ojczyzne w poszukiwaniu wolności, dobrobytu, a potem stali się podejrzani jako 5 kolumna, choć z nazizmem najczęściej nic ich nie łączyło. Dziś wielu chciałoby wrócić do Niemiec, ale ze swoimi "rodakami" nie mają już nic wspólnego. Kim wobec tego są? Niemcami, Kazachami - jak nazywa sie na Ukrainie wysiedlonych tam, którzy wrócili po upadku komunizmu? Książka Gausa pokazuje jak w gruncie rzeczy trudne jest tworzenie etnicznych konstruktów, budowanie tożsamości . Jak trudno jest definiować się na tym poziomie po traumach XX wieku. A jednak wciąż to robimy. Dlaczego?

"Ciesz się późny wnuku" - 2

maxcegielski
Częściową odpowiedź na nurtujące mnie zawsze pytanie o różne kulturowo definicje nowoczesnośći znalazłem w rozdziale 5 książki Janka Sowy: „Indie – tradycja, nacjonalizm, demokracja”...

"CIESZ SIĘ PÓŹNY WNUKU" JANA SOWY

maxcegielski
Szkoda, że książka Jana Sowy nie otwierała Ha!art`owskiej serii wydawniczej „Linia radykalna”. W przeciwieństwie do „Zniewolonego umysłu 2” (pod redakcją Sowy i Ewy Majewskiej ) jest świetnie napisana i zredagowana.

Jan Tomasz Gross „Strach. Antysemityzm w Polsce tuz po wojnie. Historia moralnej zapaści”

maxcegielski
podstawowe pytanie, które się nasuwało: ile jest prawdy w tezach autora? Odpowiedź: wystarczająco dużo, niezależnie od ewentualnych uchybień i nadinterpretacji, żeby przemyśleć na nowo historię Polski. Dlatego kościół katolicki i prawicowi dziennikarze tak ostro na nią zareagowali. Niezależnie od przejaskrawień Grossa recepcja „Strachu” ( a przedtem „Sąsiadów” ) świadczy o tym, że Polacy nie potrafią rozmawiać o ciemnych stronach swojej historii Nawet jeśli uznamy, że autor przesadza we wnioskach, to i tak zestawione przez niego relacje są przerażające. Zestawione przez niego, udokumentowane wcześniej przez historyków relacje świadków są wiarygodne, wśród nich np. raporty Jana Karskiego czy list Grota Roweckiego

"Europejski alfabet" Karla Markusa Gaussa

maxcegielski

„Alfabet europejski” sprawia wrażenie podsumowania wątków dotej pory eksplorowanych przez Karla Markusa Gaussa w „Umierających Europejczykach”, „Psożercach ze Svini’ czy nawet w jego eseju w zbiorze „Znikająca Europa”. Alfabet ukazał się jednak wcześniej, w 1997 roku i wobec tego należy go traktować jako punkt wyjścia do tego co autor zrobił później. Czytając poszczególne hasła miałem ochotę natychmiast wyruszać w świat i rozwijać je w obszerne reportaże. Gauss już to jednak zrobił.

umierajacy

Alfabet jest jednak przede wszystkim swoistym przewodnikiem po Europie jakiej nie znamy. Lub raczej: nie chcemy znać. Nie tylko wtedy kiedy austriacki pisarz opisuje pogranicza „starego swiata”, lecz przede wszystkim dlatego, że pisze o tym co doskonale znamy, o tym co tuż obok nas, ale my zamykamy oczy. Każde z haseł tej małej encyklopedii to jeden z palących problemów współczesności europejskiej, niezależnie od tego jak definiujemy kontynent. Podobnie jak w innych książkach z serii Sulina wydawnictwa Czarne, o których tu pisałem, Europa okazuje się zupełnie czymś innym niż przypuszczamy. A przede wszystkim czymś innym niż byśmy chcieli. W rozdziale „Bałkany”, który przywodzi na myśl wydane właśnie w Polsce „Dzika Europa.Bałkany w oczach zachodnich podróżników” Jezernika.

Jezernik

Gauss pisze o idei państwa narodowego i zastanawia się, czy naprawdę nie można żyć poza taką formułą? Bałkany, ale też Andaluzja muzułmańsko-żydowsko-chrześcijańska, nasz Unia Litewska, Imperia Osmańskie i Mongolskie w Indiach, wszystko to są przykłady na to, że się da i tak jest nawet lepiej. Wkrótce wiecej o Gaussie, książka nie jest jeszcze dostępna... 

Znikająca Europa - 2006

maxcegielski
Ostatnie propozycje wydawnictwa Czarne prezentowane w serii Sulina, choć powstały z czysto literackich powodów, dostarczają ważnego materiału do krytycznego myślenia o współczesności małego kontynentu, odkrywając „nieznane strony fenomenu zwanego Europą”. Najbardziej interesująca wydaje się „Znikająca Europa”, antologia tekstów, pod redakcją Kathariny Raabe (niemieckie wydawnictwo Suhrkamp) i Moniki Sznajderman z polskiego Czarnego...

islamofobia nowym antysemityzmem?

maxcegielski
Jesteśmy przekonani, że Europa racjonalizmem, rozumem oświeconym stoi. Czy jednak nie jest tak, jak pisze Bronisław Świderski w "Asystencie śmierci", że europejczycy muszą mieć kozła ofiarnego? Musimy nienawidzieć, wykluczać kogoś, aby być sobą. Kiedyś europejczycy nienawidzili żydów, dziś zastąpili ich muzułmanie. Islamofobia, strach przed islamem, jest więc tylko nową mutacją antysemityzmu. Dziś nie wypada już być antysemitą, to nie pasuje do nowoczesnego dyskursu, jest "niepoprawne politycznie". Można za to atakować islam, w obronie wartości europejskich zamykać się na inność. To jest dozwolone a nawet coraz popularniejsze

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci