Menu

MAXMASALA

MAX CEGIELSKI - KULTUROWA MASALA I MIESZANKA Z POGRANICZA DYSKURSÓW

POSTKOLONIALIZM DALEJ...

maxcegielski
„O ile u Rushdiego czy Smith wielokulturowe spotkania poszerzały pole doświadczeń i wzbogacały osobowość, o tyle Desai rezygnuje z ich optymistycznej oceny, proponując odejście od dominującego wzorca. "Brzemię rzeczy utraconych" nie jest kolejną powieścią postkolonialną, a Desai - nową Smith...

napisał w Gazecie Wyborczej (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4476584.html ) Jerzy Jarniewicz z „Literatury na świecie”, który jak nikt inny zna się na takiej literaturze. Warto więc przyjrzeć się jego tezom.

Pisze dalej Jarniewicz: „Desai pokazuje coś więcej - konflikty, przed którymi ucieka z rodzinnych stron, ciągną się za emigrantem jak cień. Uchodźca przywozi ze sobą nędzę dawnego kraju, a uciekając przed niesprawiedliwością w domu, wchodzi do równie niesprawiedliwego nowego świata. Biedny Hindus, którym w Indiach gardzą bogaci i uprzywilejowani ziomkowie, pozostaje na emigracji tym, kim był - biednym Hindusem, przedmiotem pogardy bogatszych emigrantów.” – i tu jest być może wytłumaczenie islamskiego politycznego terroryzmu w świecie zachodnim. Problemy Pakistanu, te „pęknięcia wewnątrz cywilizacji” o których pisał Piotr Kłodkowski, pakistańczycy przywożą do Wielkiej Brytanii czy Ameryki. Podobnie algierczycy wwożą swoje traumy emigrując za chlebem do Francji. Widać to nawet w bliskim nam świecie. Z pałacu prezydenckiego została wyrzucona słynna dziennikarka niezależnych emigracyjnych mediów wietnamskich – Van Anh. Bo zażyczył sobie tego komunistyczny dygnitarz z Indochin podpisujący tam umowę. Ta linia podziału na „kolaborantów” i „opozycjonistów” przebiega nie tylko w Wietnamie, także na stadionie dziesięciolecia. Emigranci żyją podwójnie, swoją ojczyzną i nowym miejscem zamieszkania. Rushdie widział to jako bogactwo, podobnie Zadie Smith w „Białych zębach” ( wypowiedź Jarniewicz o tej książce http://www.gazetawyborcza.pl/1,75517,1124610.html )

Kiran Desai 

 

U Kiran Desai staje się to przekleństwem, to podwójny (albo wielokrotny u niektórych jak u afrykańsko-hinduskiego brytyjczyka Freddiego Mercurego) brak zakorzenienia, niepełność a nie szczęście, ciągła przyczyna rozdarcia egzystencjalnego. Ja czytając o losach Bidźu, emigranta z Indii w Nowym Jorku miałem ciągłe poczucie strasznego ciężaru jego życia. Emigracja – to boli, chciałoby się powiedzieć po lekturze Desai. Nie zgadzam się jednak z tym, że diagnozy z „Brzemienia rzeczy utraconych” to skutek doświadczeń 11 września 2001. Terroryzm nie jest przecież przyczyną sytuacji społecznej emigrantów lecz jej skutkiem. Zamachy w USA i w Europie obnażyły problemy wielokulturowości. Być może czytając Rushdiego uwierzyliśmy, że jednostkowe doświadczenie artysty jest odbiciem losu całych grup. A hybrydyczność, w której Rushdie odnalazł swoją inspirację, dla zwykłego człowieka może być raczej kłopotem niż szczęściem. Choć sam jestem zwolennikiem wielokulturowości (i nie jestem rasistą ani konserwatystą ) sam mam często wątpliwości co do szans powodzenia tego projektu. Albo raczej możliwości jego przeniknięcia w głąb kultury. Zupełnie czym innym są historyczne sytuacje koegzystencji: hybrydyczność pogranicza (Andaluzja, Kresy Rzeczpospolitej ) a czym innym obecna sytuacja w europie, będąca chyba ewenementem w skali dziejów. Opisywane przez Guy Sormana w „Dzieciach Rifa`y” dawne współżycie egipskich koptów i muzułmanów też nie było wersją społeczeństwa wielokulturowego, takiego jakie my byśmy chcieli stworzyć w Europie. Na Bliskim Wschodzie wspólni święci dla chrześcijan i wyznawców islamu to (już) synkretyzm, ale jeszcze nie pełna hybryda. Jak można wywnioskować z tez profesora Jana Kieniewicza („Wprowadzenie do historii cywilizacji Wschodu i Zachodu” ) utopia dialogu jest może punktem odniesienia, idealnym stanem do którego dążymy, ale nigdy nie była i nie będzie rzeczywistością.

Bezdomność, nad którą pochyla się Desai, ma konkretne przyczyny polityczne. To w dużej mierze spadek po kolonialnej epoce, którą niewiele różni od współczesności. O ile wcześniej Hindusi wyzyskiwani byli we własnym kraju, o tyle dziś wyjeżdżają do Ameryki, by pozwalać się wyzyskiwać.” Pisze dalej Jarniewicz i tu wpisuje „Brzemię rzeczy utraconych” w podobny kontekst co recenzent The New York Limes Pankaj Mishra w tekście „Wounded by the west” którego fragmenty przytaczałem już w blogu. I chyba rzeczywiście siła tej książki, do której coraz bardziej się przekonuję, polega na połączeniu dwóch co najmniej dwóch perspektyw, jak chce Jarniewicz. Tej historyczno-ekonomicznej, gdzie autorka wydaje się uczennicą Wallersteina i neo marksistowskich badań nad centrum i wyzyskiwanymi peryferiami, ale też tej egzystencjalnej, wykraczającej poza materializm procesów dziejowych.

 

Zainteresowanie Jarniewicza literaturą post kolonialną bierze się z jego studiów nad textami brytyjskimi, irlandzkimi i amerykańskimi. Anglojęzyczna literatura indyjska” stała się jej częścią za sprawą Salmana Rushdiego i innych. Moim punktem wyjścia są Indie, podczas pierwszej podróży na Wschód czytałem „Dzieci Północy” i moja przygoda z hybrydycznością emigrantów jest częścią czy rozwinięciem moich zainteresowań orientalistycznych. Książkę Desai trzeba też rozpatrywać w kontekście Indyjskim, czego Jarniewicz nie robi. Tym bardziej, że sama autorka w wywiadach podkreśla, że „Brzemię rzeczy utraconych” było jej emocjonalnym powrotem do ojczyzny, z której wyjechała w wieku 14 lat.

Kontekstu dostarcza pokazywana już tu przeze mnie „Historia anglojęzycznej literatury indyjskiej” pod redakcją A.K. Mehrotry, która ukazała się w tym roku w wydawnictwie akademickim Dialog ( jak zwykle bez reklamy jakiejkolwiek niestety, choć jest to pozycja dla zwykłego odbiorcy a nie specjalisty). O Kiran Desai nie ma tu ani słowa, opracowanie powstało w 2003 roku, kiedy była ona właściwie tylko autorką „Zadymy w dzikim sadzie”, książki, o której później. Jest za to parę słów o Anicie Desai, jej matce, przyjaciółce Rushdiego i postaci również hybrydycznej ( melanż niemiecko-bengalski, wykładowczyni w USA i UK ) W świetle pochwał Desai seniorki na temat Rushdiego można by  pomyśleć, że mamy do czynienia z elitarną mafią anglojęzycznych pisarzy wspierających się wzajemnie (Sam Rusdhie w wywiadzie ze mną http://maxmasala.blox.pl/2007/08/POSTKOLONIALIZM.html wymienił Kiran jako nadzieję nowej literatury i złośliwi twierdzą, że to on „załatwił” jej Booker Prize ) Anita Desai i jej córka podobnie jak Mistrz są postaciami z globalnej wioski, z ponad narodowej kasty, której łatwiej odnaleźć plusy wielokrotnego zakorzenienia. Tym bardziej ważne jest to, że Kiran Desai umiała dostrzec drugą, ciemną stronę tej nowej, globalnej, postkolonialnej rzeczywistości w której opresja jest bardziej subtelna niż w epoce brytyjskiego Radżu…

Cdn.

© MAXMASALA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci